Pieńsk od-kodowany
Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 1: Kino
Julia Kotelnicka: Kino Strażnica w Pieńsku było przez wiele lat ważnym miejscem na mapie miasta. To tutaj mieszkańcy spotykali się, by oglądać najnowsze filmy, przeżywać wspólne emocje i spędzać wolny czas. Dziś budynek wygląda zupełnie inaczej, jednak w pamięci wielu Pieńszczan wciąż pozostaje jako miejsce pełne świateł ekranu i oczekiwania na rozpoczęcie seansu.
Nazywam się Julia Kotelnicka i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panem Alfonsem Leszczyńskim, mieszkańcem Pieńska, pasjonatem kina i jednym z jego wiernych widzów. Kiedy po raz pierwszy odwiedził pan to kino? Pamięta pan swój pierwszy seans?
Alfons Leszczyński: Tak, oczywiście. Właśnie jak otrzymałem tę propozycję, to sobie odgrzebałem w pamięci, że moje pierwsze spotkanie – takie nie z kinem, a z filmem – to było, jak byliśmy w szkole podstawowej. To było takie objazdowe, można powiedzieć, kino, że na jakiś czas do nas puszczali takie krótkie filmy, ale pamiętam, że to były filmy też z Myszką Miki. To były lata czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć.
Te filmy były puszczane w jednej klasie. Wtedy myśmy nazywali to salą gimnastyczną, bo tam niby takie wyposażenie sportowe było, i w miarę możliwości, bo to sala pełna, przechodziło się z krzesełkiem i oglądało się te filmy.
Później nasze kino funkcjonowało dopiero gdzieś, powiedzmy, od początku lat pięćdziesiątych, ale wcześniej rzadko, bo rzadko – chyba raz na tydzień, może dwa razy na tydzień – filmy były tu wyświetlane właśnie w domu kultury. Projektor był na balkonie. Inny był balkon, bo ten balkon był likwidowany. Długi czas go nie było. Później, teraz, po tym generalnym remoncie, który był parę lat temu, ponownie były filmy wyświetlane. Ekran był rozpinany o właśnie tam, gdzie jest scena.
Później chodziło się oczywiście do tego kina, które – mało kto może to pamiętać – najpierw się nazywało Kino Maj. Nie wiem, to trwało może ze dwa, trzy miesiące. Przemianowano je na Kino Strażnicę, z racji tego, że w Pieńsku stacjonowała jednostka Wojsk Ochrony Pogranicza, czyli obecnie, jakby to można powiedzieć, Straży Granicznej, i z takiego sentymentu, że tu jesteśmy na tej granicy, tak to kino się nazywało.
Julia Kotelnicka: Jakie emocje panu towarzyszyły?
Alfons Leszczyński: Jak każde dziecko – bo z racji tego, o czym mówię, to parę lat temu byłem dzieckiem – zawsze to było przede wszystkim zaciekawienie i jakaś ta magia. Proszę o tym pamiętać, że u mnie wtedy nie było ani telewizji, i nie było tym bardziej internetu, że kino było jedynym takim nośnikiem przekazywania obrazu.
To było takie pewne skupienie widowni. Jak się zaczynał seans, zawsze ludzie oczekiwali. Oczywiście później, w ramach rozwijającego się filmu, były, powiedzmy, czy jakieś westchnienia czy uśmiechy. Coś w tym stylu.
Julia Kotelnicka: Czy chodzenie do kina było nagrodą albo wyjątkowym wydarzeniem?
Alfons Leszczyński: Na szczęście nie. Nagrodą to raczej nie, bo byliśmy dosyć skromnym społeczeństwem – nie powiem, że biednym. Na szczęście bilety do kina nie były, przynajmniej w tamtych czasach, zbyt wygórowane, ale nie kojarzę sobie, żeby ktoś tu był tym wyróżniany.
Może było tak, że był jakiś atrakcyjny film, to w domu [mówili]: „Nie pójdziesz do kina, bo byłeś niegrzeczny”, prawda? Tego rodzaju. Ale jakiegoś specjalnego wyróżnienia to nie było. Jakieś wyjątkowe wydarzenie? No, na pewno były, chociaż, ale to już później – może jakieś hity ekranowe. Wtedy, powiedzmy, było większe zainteresowanie ze strony ludzi.
Julia Kotelnicka: Z kim najczęściej chodziło się do kina? Z rodziną, znajomymi, szkołą, a może na randki?
Alfons Leszczyński: Chodziło się, powiedzmy, przede wszystkim samemu. Czasami oczywiście się z kimś umawiało. No i oczywiście randka to była atrakcyjna rzecz, także z chęcią się chodziło. Ale nie było tu jakiejś reguły.
Kino było taką rzeczą poniekąd oczywistą, bo to były inne czasy, inne zwyczaje. Kino było. „Idziesz do kina?” – „No idę.” – „No to idziemy do kina.”
Julia Kotelnicka: Jak wyglądał budynek kina, kiedy pełnił jeszcze swoją funkcję?
Alfons Leszczyński: To znaczy tak: budynek w swojej bryle, tej zewnętrznej, oczywiście się nie zmienił. Nie byłem oczywiście dawno w tym kinie, bo wiem, że odkąd zajęli je sportowcy, jest przebudowane. Później jeszcze zostało dobudowane – teraz chyba jakieś usługi fotograficzne tam są – ale to było troszeczkę inaczej. Trudno mi powiedzieć, jak to teraz w tej chwili wygląda, ale układ poprzedniego kina to w miarę pamiętam.
Julia Kotelnicka: Co znajdowało się przed wejściem? Czy przed kinem znajdowały się plakaty filmowe? Jak wyglądały?
Alfons Leszczyński: To znaczy, jeżeli chodzi o plakaty, to raczej nie było ich przed kinem. Były w środku, bo tam był stosunkowo duży hol, w którym można było je porozwieszać. Może nie tyle plakaty, co – jak sobie kojarzę – fotosy aktorów, wtedy głównie polskich.
A jeżeli chodzi o plakaty, taki był skwerek. Teraz jest tam pobudowany Spar. Wtedy to był taki niezagospodarowany placyk, zarośnięty krzakami. Na skrzyżowaniu rósł taki dąb, a koło tego dębu była taka gablota. I w tej gablocie były wywieszane właśnie te plakaty i wywieszany był repertuar na dany, powiedzmy, tydzień.
Julia Kotelnicka: Czy pamięta pan kasę biletową, hol, poczekalnię? Mógłby pan nam opisać te miejsca?
Alfons Leszczyński: Tak, oczywiście. Kasa biletowa była, powiedzmy, w holu, bo hol, jak mówię, był dosyć duży. Z jednej strony wchodziło się na główną salę – przy wyjściu z kina wchodziło się na prawo, a po lewej stronie schodami wchodziło się na balkon.
Kasa była, powiedzmy, takiej wielkości, gdzieś jakieś dwa na dwa metry, gdzie siedziała pani kasjerka. Cały czas była pani kasjerka. Nie kojarzę sobie, żebym, szczerze mówiąc, sam tam sprzedawał bilety.
Julia Kotelnicka: Jak wyglądało wnętrze? Sala kinowa, fotele, ekran, scena.
Alfons Leszczyński: Lata czterdzieste, pięćdziesiąte, sześćdziesiąte – to jeszcze były, można powiedzieć, ekrany zwykłe, bo dopiero pojęcie – ekran panoramiczny zostało wprowadzone chyba pod koniec lat pięćdziesiątych, a może na początku sześćdziesiątych, co teraz jest regułą.
Ale wtedy – już nie pamiętam dokładnie – rozmiary były, powiedzmy, o jedną szóstą, jedną piątą mniejsze niż obecne ekrany. Sala wyglądała dosyć, bym powiedział, niesympatycznie, bo to była dosyć duża sala, wysoka. Ściany były pomalowane nie na biało, tylko dosyć na szaro, więc specjalnego wrażenia to nie robiło.
Natomiast siedziało się na takich fotelikach otwieranych, drewnianych. Dopiero chyba jak był jakiś większy remont – to już były lata sześćdziesiąte w kinie – to zamieniono je na takie foteliki wyściełane, miękkie do siedzenia.
Pierwsze lata w kinie były tak zwane loże. Przy wejściu, jak się wchodziło, po lewej i po prawej stronie było takie ogrodzone od tej dużej sali – chyba gdzieś trzy rzędy po trzy, gdzieś około dziesięciu miejsc – taka loża z lewej i z prawej strony. I oczywiście miejsca na balkonie też tam były.
Natomiast jeżeli chodzi o projektor, był on na wysokości tego balkonu, ale to było wejście inne, oddzielne, i tam siedzieli operatorzy.
Jeżeli chodzi o operatorów, to kiedyś było tak, że jak był tylko jeden projektor, to jak było trzeba wymienić taśmę, bo nie zawsze się film mieścił na jednej taśmie, to trzeba było ją wymienić.
To trwało około pięciu minut. Wtedy na sali zapalały się światła, ludzie troszeczkę się odprężali.
Julia Kotelnicka: Czy sala kinowa przechodziła remonty? Została unowocześniona z duchem czasu?
Alfons Leszczyński: Tak, no właśnie. Po pierwsze, powiedzmy, że zostało to przebudowane – tam, gdzie siedzieli operatorzy. I, jak to się mówi, było dużym plusem, że były już te dwa projektory, więc jak był film, to automatycznie się przełączało, że my jako widzowie nie odczuwaliśmy, że jest jakaś przerwa w wyświetlaniu.
Julia Kotelnicka: Ile osób mogło pomieścić kino?
Alfons Leszczyński: Na mój gust to, powiedzmy, około stu sześćdziesięciu na dużej sali, w tych lożach, jak jeszcze były loże – bo później loże zostały zlikwidowane, że była już tylko sala jednolita. No i na balkonie też ze dwadzieścia miejsc, czyli około maksymalnie dwieście miejsc.
Julia Kotelnicka: Jak wyglądała wizyta w kinie krok po kroku?
Alfons Leszczyński: Przychodziło się z ulicy, tak, nie było specjalnego przygotowania. Trzeba było podejść do kasy, kupić bilet. Chyba, jak mówię, z dziesięć minut czy piętnaście minut przed projekcją było otwierane wejście na hol. Tam się wchodziło, zajmowało się miejsce.
Czasami były jakieś drobne scysje, że jak się wydawało, że sala jest zapełniona, to ktoś siadał w miejscu nie dla niego przeznaczonym. Siadało się w kinie, czekało się.
I oczywiście zaczynało się – proszę pamiętać o tym, że w tamtych latach był taki, powiedziałbym, korzystny układ wyświetlania. Zaczynało się od kroniki filmowej, czyli takiego skróconego, można powiedzieć, dziennika telewizyjnego.
Później był około dziesięciominutowy dodatek – to były filmy dokumentalne. Muszę przyznać, że, tak z perspektywy lat, przez pewien czas były to bardzo dobre, pouczające filmy, dotyczące czy to kultury, czy sportu, czy przyrody, czy spraw ekonomicznych i społecznych.
I później, bez przerwy… chociaż nie, czasami była mała przerwa, bo jeszcze spóźnialscy – w czasie projekcji bileterka nie wpuszczała nikogo na salę – więc dopiero po chwili tych spóźnialskich jeszcze wpuszczano.
Julia Kotelnicka: Czy na seanse tworzyły się kolejki?
Alfons Leszczyński: To kino przechodziło różne koleje. Pierwsze lata pamiętam, było oczywiście duże zainteresowanie, ale jeśli się odpowiednio wcześnie podeszło do kasy czy koło kina, tak samo tutaj w domu kultury, to można było te bilety dostać i nie było problemu. Seanse były, bym powiedział, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach wykorzystane.
Później zrobił się taki boom na filmy, gdy nastąpiło przesilenie październikowe, że taka większa demokracja nastała – nie w Pieńsku, ale w Polsce. Wtedy pokazało się więcej filmów z Zachodu, szczególnie włoskich, francuskich, amerykańskich, na czele z westernami.
Wtedy było tak duże zainteresowanie, że ludzie godzinami wcześniej wystawali przed kasami, żeby dostać bilety. Też czasami zdarzały się jakieś drobne przepychanki, wykorzystywanie swojej pozycji czy znajomości, żeby te bilety dostać.
Ale jak ktoś był bardzo uparty, to jednak mu się udawało. Wtedy te ceny – chociaż też nie byliśmy zbyt bogatym społeczeństwem – były takie znośne, że łatwo było to przełknąć. Jak się było tak powiedzmy jak ja… kieszonkowego się nie miewało, bo wtedy takich zwyczajów nie było. Zawsze się jakieś te parę groszy gdzieś tam znalazło, tę przysłowiową złotówkę czy półtora złotego, bo mniej więcej takie były ceny. A ulgowe, oczywiście, były mniejsze.
Julia Kotelnicka: Jak wyglądała atmosfera przed rozpoczęciem filmu, gdy gasły światła?
Alfons Leszczyński: Muszę powiedzieć, że ludzie zachowywali się bardzo przyzwoicie. Oczywiście były pogaduszki, jeszcze wypalenie jakiegoś ostatniego papierosa, bo w holu wolno było jeszcze palić, ale to, powiedzmy, bardzo…
Zawsze był ten dreszczyk emocji, szczególnie przy takich hitach, które wchodziły, zwłaszcza na pierwszym seansie. Co to jest takiego? Taki dreszczyk emocji.
Julia Kotelnicka: Czy przed filmem były reklamy, kroniki filmowe albo zapowiedzi?
Alfons Leszczyński: Reklam nie było. Te reklamy to już jest zmora naszych czasów. A jak – oczywiście – były kronika i ten dodatek, czyli jakiś film dokumentalny.
Julia Kotelnicka: Jakie filmy najbardziej zapadły panu w pamięć?
Alfons Leszczyński: To jest kwestia może moja osobista, ale, powiedzmy, ludzie nie mieli wyboru. Film leciał, przychodziło się, zaliczało się. Czasami się porozmawiało po filmie, a czasami nie.
Ale, powiedzmy, pierwsze lata powojenne, ten przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych, to siłą rzeczy królowały jeszcze filmy wojenne. Szczególnie filmy radzieckie. Filmy polskie też się pojawiały. Trzeba pamiętać, że zbyt wielu filmów fabularnych Polacy nie produkowali, ale to już były filmy, które można było zapamiętać.
Julia Kotelnicka: Czy były filmy, na które mieszkańcy szczególnie czekali?
Alfons Leszczyński: Nie mieliśmy wyboru. To, co załatwiła pani kierowniczka – bo w mojej świadomości cały czas była to ta sama kierowniczka. Dostawała z jakiegoś tam rozdzielnika, więc nie było wyboru, na jaki film czekać.
Czekało się na pewne filmy, o których się słyszało, czy to za granicą, czy w Polsce, ale to zależało od Centrali Wynajmu Filmów, bo była taka instytucja. Dla nas była to ta z Wrocławia i, jak coś, to zajmowała się tym kierowniczka. Nie było jakichś specjalnych oczekiwań na to.
Julia Kotelnicka: Czy odbywały się specjalne pokazy, premiery, seanse dla szkół?
Alfons Leszczyński: Chyba nie. Oczywiście, jak były takie filmy – bo nawet była zekranizowana „Zemsta” Fredry, między innymi chyba z Holoubkiem – to jak szło się na taki pokaz, to szkoła jakoś to zorganizowała, żeby cała klasa, no może nie cała klasa, bo w klasie było tych dwadzieścia osób – wtedy szło się do szkoły. To był może jakiś oddzielny seans, ale takich to nie było.
Julia Kotelnicka: Czy kino organizowało coś poza projekcjami filmów? Na przykład przedstawienia, spotkania, akademie?
Alfons Leszczyński: Tak, to było. Kino było jednocześnie, tak samo jak dom kultury, miejscem – jak to się mówi – takich spotkań, wieców społecznych czy politycznych. Modne było wtedy obchodzenie różnych rocznic, to właśnie ta sala kinowa była do tego wykorzystywana.
Julia Kotelnicka: Czy pamięta pan pracowników kina, bileterów, operatorów, kierownika? Jakie ma pan z nimi wspomnienia?
Alfons Leszczyński: To znaczy tak, jako ostatnia to chyba – kierowniczką była pani Zawada, to oczywiście. Była ona jednocześnie kierowniczką i kasjerką.
Byli operatorzy. Był taki pan Zbyszek – nie pamiętam jego nazwiska, zawsze się mówiło „pan Zbyszek, pan Zbyszek”. Był później taki pan Holy. Był taki pomocnik kinooperatora, pan Korczyński, już nieżyjący. Poza tym niewiele osób tam pracowało.
Julia Kotelnicka: Czym było kino dla mieszkańców Pieńska?
Alfons Leszczyński: Na pewno było wielką atrakcją, bo zawsze, powiedzmy, jakie mogły być inne atrakcje – jakieś występy w domu kultury, mecze Hutnika. To też była jakaś atrakcja. Jak szczególnie był jakiś interesujący film, to wypadało być, pochwalić się w mieście znajomym, że się było.
Julia Kotelnicka: Kiedy zauważył pan, że kino zaczęło tracić swoją dawną rolę?
Alfons Leszczyński: Na pewno pierwszy cios to był telewizor. Telewizję, jak pamiętam, pierwszy raz oglądałem pod koniec lat pięćdziesiątych, jeszcze jak chodziłem do szkoły we Wrocławiu.
I jak w Pieńsku pojawiły się te telewizory, to część ludzi – bardzo mało zresztą – chodziła na telewizję do sąsiada, który wcześniej go kupił, bo też nie tak łatwo było kupić ten telewizor, niezależnie od ceny, bo te telewizory, jak na tamte czasy, nie były najtańsze.
Ale, jak to się mówi, pierwszy taki odpływ widzów nastał dzięki telewizji. Chociaż trzeba pamiętać, że w pierwszym etapie ta telewizja miała tylko jeden program i wyboru nie było za dużo. Ale część ludzi wolała oglądać jakiś film, nawet gorszy, niż pójść do kina, bo to jednak w pewnym sensie zawsze jest jakiś wysiłek.
Julia Kotelnicka: Jak mieszkańcy przyjęli zamknięcie kina? Który to był rok?
Alfons Leszczyński: Entuzjaści kina walczyli o to. Pamiętam różne spotkania, jakieś zebrania towarzyskie czy służbowe, i przy okazji ktoś tam mówił: „Dlaczego kino nie stara się o lepsze filmy? Dlaczego zmniejsza się ilość seansów?” Bo, powiedzmy, kino na rzecz telewizji zaczęło tracić widzów.
Julia Kotelnicka: Czy żal było pożegnać to miejsce?
Alfons Leszczyński: Dla mnie tak. Dla mnie tak, bo lubiłem chodzić do kina, zarówno tutaj w Pieńsku, jak i gdy byłem we Wrocławiu. Zresztą, w innych miejscach, jak jeździłem po Polsce, to też chętnie do kina zaglądałem – zawsze byłem na bieżąco.
Ale później i mnie to dogoniło. W telewizji są, może, ciekawsze filmy, niewymagające wyjścia z domu. Ale żal pozostał i zdaję sobie sprawę, że – jak to się mówiło wcześniej – „to se ne vrati”.
Julia Kotelnicka: Czy ma pan zdjęcia, bilety, plakaty lub inne pamiątki związane z kinem?
Alfons Leszczyński: No nie, niestety, jak już wcześniej wspominałem, nie miałem takiej specjalnej możliwości ani chęci, żeby to zbierać. Nawiasem mówiąc, za dużo tego nie było. Bileciki były dosyć standardowe, bo, podejrzewam, były takie same w całej Polsce w tamtych latach – to nie było jakieś wyróżniające się kino.
Było tam tylko, powiedzmy, cena, czy to bilet ulgowy, czy nie, i oczywiście pani kasjerka wypisywała rząd i miejsce, w którym się siadywało.
Julia Kotelnicka: Gdyby miał pan opisać kino w Pieńsku jednym zdaniem, co by pan powiedział?
Alfons Leszczyński: Moim zdaniem kino zrobiło jednak pewne działanie, które – w jakiś sposób zrzeszało ludzi we wspólnoty. Bo jak się chodziło do kina, obok siadał ktoś nieznajomy, chciał coś powiedzieć, porozmawiało się – to było dobre miejsce do nawiązywania takich więzi, towarzyskich, koleżeńskich.
No na pewno oglądanie filmów, które są relacją z różnych zachowań, różnych zdarzeń, też zmusza wielu ludzi do pewnej refleksji, o ile chcą taką refleksję wyciągać.
Julia Kotelnicka: Czego najbardziej brakuje panu z tamtych czasów?
Alfons Leszczyński: Niestety, teraz trudno mi tak powiedzieć, ale chyba za bardzo się oddaliliśmy, rozproszyliśmy. Nie ma już takiej potrzeby większego zrzeszania się, spotykania się w większym gronie. Za bardzo każdy teraz patrzy na swoje zainteresowania. Nie ma już takiej chęci do wspólnego gdzieś zbierania się.
Julia Kotelnicka: Jaką historię o tym kinie chciałby pan przekazać młodszym mieszkańcom?
Alfons Leszczyński: Nie chciałbym młodszych zasmucać. Oni już mają swoje wizje, swoje zabawki. W jakiś sposób żałuję, że oni nie mieli tej radości, jaką my mieliśmy, bo dla nas to było coś nowego. Jak ten film był raz czy dwa razy w tygodniu, to człowiek w jakiś sposób to przeżywał. Oni teraz mają wszystko podane na tacy, a nawet i więcej. To, co oglądają w telewizji czy na komórkach, nie da się porównać z kinem.
Kino na pewno w jakiś sposób na świecie będzie istnieć, bo ktoś musi te filmy wyprodukować.
Nadal będą ludzie, którzy będą chcieli się w jakimś miejscu spotykać. Dowodem tego są, dyskusyjne kluby filmowe, bo nie zawsze człowiek idzie po najmniejszej linii oporu. Czasami chce zobaczyć coś ciekawszego, spotkać się.
Jak ktoś ma jakieś zainteresowanie, to szuka ludzi o podobnych zainteresowaniach i to można rozwinąć.
Julia Kotelnicka: Proszę zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że znów stoi pan przed wejściem do dawnego kina w Pieńsku. Co pan widzi?
Alfons Leszczyński: Widzę siebie – małego, w krótkich spodenkach, trzymającego w garści bilet, który udało mi się kupić – i cieszę się, że idę, czy to z moim kolegą, czy z sąsiadem z ulicy. Kino to była taka swego rodzaju magia. To był troszeczkę inny świat niż codzienność.
Jeśli chodzi o kwestię informacji o świecie – teraz przecież mamy nadmiar, prawda? Czterdzieści stacji telewizyjnych, osiemdziesiąt audycji radiowych. A dla nas była gazeta, która przynosiła wiadomości zawsze o trzy dni spóźnione.
A nawet to kino, które pokazywało wiadomości ze świata czy z filmu, to zawsze były one spóźnione.
Mieliśmy zawsze – trudno powiedzieć, że to szczęście, ale taki przypadek – że te filmy do Pieńska siłą rzeczy, ja bym to powiedział – trzecia kolejność odśnieżania. Najpierw filmy przechodziły przez ekrany wielkich miast, powiatowych.
Dla nas jeszcze pomysłem na taką odskocznię, jeżeli chodzi o kino, było kino Grunwald w Zgorzelcu, które miało zawsze wcześniejszy i bardziej atrakcyjny repertuar, bo nie wszystkie filmy, które między innymi w Grunwaldzie wyświetlano, wyświetlano w Pieńsku.
Modne było takie, i indywidualne, i zbiorowe, wyjazdy do kina Grunwald. Ja korzystałem z tego razem z kolegami, a też, gdy jeszcze uczęszczałem – po szkole była tak zwana świetlica, coś podobnego jak teraz – to wtedy, w ramach tej świetlicy, organizowano nam wyjazd pociągiem do kina Grunwald.
Przyjeżdżało się na stację Zgorzelec Ujazd, bo wtedy Zgorzelec Miasto jeszcze nie istniało, i przychodziło się do kina Grunwald. I to była też taka atrakcja.
Julia Kotelnicka: Dziękuję panu za rozmowę.
Alfons Leszczyński: Było mi bardzo miło. Może nie wszystko pamiętam, ale zapewniam – kino jest zawsze piękne.
