Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 2: PKP

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Ola Kowalczyk · Gość: Lilianna Bereś, była kasjerka biletowa i mieszkanka budynku dworca

Ola Kowalczyk: Dworzec kolejowy w Pieńsku został otwarty w listopadzie 1846 roku. Leży na linii Węgliniec–Zgorzelec–Görlitz i obsługuje głównie pociągi regionalne. Początkowo stacja nosiła nazwę Penzig, a po 1945 roku otrzymała nazwę Pieńsk.

Powstanie kolei przyczyniło się do dynamicznego rozwoju miasta, szczególnie przemysłu szklarskiego, umożliwiając sprawny transport surowców i wyrobów. Obecnie służy przede wszystkim ruchowi pasażerskiemu i połączeniom z Niemcami.

Nazywam się Ola Kowalczyk i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panią Lilianną Bereś, byłą kasjerką biletową, a równocześnie mieszkanką budynku dworca.

Co pani wiadomo o historii tego budynku?

Lilianna Bereś: Wiadomo mi tyle, że ten budynek był kiedyś bardzo piękny. Była wiata. Był często remontowany.

Pracowało tam dużo ludzi, bo pracował zawiadowca stacji, dyżurny ruchu, kasjer biletowy, kasjer towarowy.

Były trzy nastawnie: jedynka, dwójka i trójka. W każdym razie pracowało bardzo dużo ludzi. Tyle mi wiadomo na ten temat.

Ola Kowalczyk: Jakie jest pani pierwsze wspomnienie związane z dworcem?

Lilianna Bereś: Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, dworzec był bardzo ładny, zadbany, często remontowany. Robił bardzo miłe wrażenie. Bardzo mi się podobał dworzec.

Było bardzo dużo podróżnych. Po prostu dworzec tętnił życiem.

Ola Kowalczyk: Jak to się stało, że zamieszkała pani w budynku dworca?

Lilianna Bereś: Przyjęłam się do pracy na PKP w 1968 roku. Mieszkałam wtedy jeszcze z rodzicami i starałam się o mieszkanie.

Kolej przydzielała mieszkania dla pracowników. Złożyłam wniosek i zostało mi przyznane to mieszkanie.

Ola Kowalczyk: Jak długo pani tam mieszka?

Lilianna Bereś: Mieszkam pięćdziesiąt lat. Długo.

Ola Kowalczyk: Czy łatwo jest się przyzwyczaić do życia nad torami?

Lilianna Bereś: Łatwo. Nie mam z tym żadnego problemu.

Łatwo się przyzwyczaić. Dużo się widzi, obserwuje, jak pociągi jeżdżą. To też są miłe wspomnienia.

Ola Kowalczyk: Czy dźwięki nadjeżdżającego pociągu budziły panią i pani rodzinę?

Lilianna Bereś: Nie.

Ja wtedy pracowałam, miałam rodzinę, dzieci, byłam zapracowana. Jak się położyłam spać, to już nic nie słyszałam.

Ola Kowalczyk: Jakie obowiązki miała pani jako pracownik kasy biletowej?

Lilianna Bereś: Jako pracownik kasy biletowej miałam obowiązek sprzedaży biletów, obsługi podróżnych, udzielania informacji o rozkładzie jazdy pociągów, nadawania i wydawania przesyłek ekspresowych oraz bagażu.

Robiłam też comiesięczne sprawozdania kasowe i odsyłałam je do Krakowa.

Ola Kowalczyk: Czy pamięta pani okres, kiedy kasa była szczególnie ruchliwa?

Lilianna Bereś: Pamiętam okres, kiedy kasa była szczególnie ruchliwa.

Byłam wtedy młodym pracownikiem PKP. Bardzo dużo się działo, było bardzo dużo podróżnych.

Kasa była bardzo ruchliwa.

Ola Kowalczyk: Pamiętała pani rozkłady pociągów?

Lilianna Bereś: Pamiętałam.

Na dalsze odcinki był taki gruby rozkład i z niego korzystałam, udzielając podróżnym informacji.

A tutaj, na tym odcinku, wszystkie pociągi pamiętałam. Po prostu jakoś samo to przyszło.

Teraz już nie pamiętam, bo się tym nie interesuję. Jestem na emeryturze. Jak mam gdzieś jechać, to idę i patrzę na rozkład.

Ola Kowalczyk: A jak wyglądały bilety, gdy zaczęła pani pracę jako kasjerka biletowa? Wiele się zmieniło na przestrzeni lat?

Lilianna Bereś: Zmieniło się bardzo wiele.

Bilety były kartonowe, były też bilety blankietowe, które wypisywałam.

Kartonowe odbijało się przez kompostownik, wybijało się datę i tak wyglądały bilety.

Później, już pod koniec mojej pracy, dostałyśmy komputer. Nie pamiętam, ile lat przed moim odejściem.

Wtedy praca była łatwiejsza, bo wszystko drukowało się na komputerze – bilety, połączenia.

To było super.

Sprawozdania też były łatwiejsze. Komputer, dwa przyciski i już było całe miesięczne sprawozdanie.

A wcześniej, przy tych kartonowych i blankietowych biletach, wszystko trzeba było robić ręcznie. Ręcznie liczyć, mnożyć, dzielić.

Ola Kowalczyk: Kto najczęściej korzystał z dworca?

Lilianna Bereś: Oczywiście podróżni, ale także pracownicy hut.

Pracownicy huty przychodzili do dyżurnego ruchu, żeby zamawiać wagony pod towary.

Najczęściej przewożono szkło. Tektura też chyba była. Było trochę bocznic.

Dyżurny zamawiał wagony. Wagony przyjeżdżały i rozdzielano je na poszczególne huty, żeby mogły zostać załadowane.

Ola Kowalczyk: Na czym polegała praca pani męża, dyżurnego ruchu?

Lilianna Bereś: Polegała na prowadzeniu ruchu pociągów.

Musiał cały czas dobrze myśleć, żeby nie spowodować jakiegoś wypadku.

Musiał odpowiednio ułożyć drogę dla danego pociągu, żeby pociąg mógł przejechać.

A kiedy były bocznice, musiał też tak ułożyć drogę, żeby pociąg z bocznicy mógł wyjechać na główny tor i dalej odjechać.

To była bardzo odpowiedzialna praca.

W każdej chwili, gdyby popełnił jakiś błąd, nie daj Boże, mógłby już nie wrócić do domu.

To była bardzo, bardzo odpowiedzialna praca.

Dzisiaj dyżurny ruchu jest w Węglińcu, bo tutaj już dyżurnego nie ma. Układa drogę przez komputer i pociąg jedzie dalej, chyba aż do Görlitz.

Dzisiaj mają pod tym względem dużo łatwiej.

Wcześniej była blokada i na tej blokadzie dyżurny układał drogę, a pociąg przejeżdżał.

Ola Kowalczyk: W jakich godzinach pracował?

Lilianna Bereś: Mój mąż pracował od godziny 8.00 do 20.00.

Oczywiście nie codziennie, bo były zmiany. Dyżurnych ruchu było więcej.

Jeżeli jednego dnia miał dniówkę, to następnego szedł na nockę.

Grafik ustalał zawiadowca stacji tak, żeby wypracowali odpowiednią liczbę godzin.

Ola Kowalczyk: Czy przez dworzec i stację przewożono surowce lub wyroby z miejscowych hut?

Lilianna Bereś: Tak.

Przewożono surowce, szkło, tekturę, bo fabryka tektury też miała bocznicę.

Były też inne zakłady, które miały swoje bocznice.

Ja za wiele o tym nie wiem, bo byłam tylko kasjerką, ale dyżurni ruchu na pewno wiedzieli więcej.

Przewożono różne towary i różne towary przychodziły też do hut.

Ola Kowalczyk: Jak kolej wpływała na rozwój miejscowości?

Lilianna Bereś: Miała bardzo duży wpływ. Na rozwój miejscowości.

Kiedyś kolej wrzała pracą tutaj.

Pociągi jeździły, ludzie dojeżdżali stąd do pracy. Studenci jeździli na uczelnie, uczniowie do szkół średnich.

Frekwencja była bardzo duża.

Podróżnych było tyle, że nieraz człowiek nie nadążał ich obsługiwać.

Tak dużo było ludzi.

Ola Kowalczyk: Jak wyglądał dworzec, gdy pani się tam wprowadziła?

Lilianna Bereś: Był bardzo ładny i zadbany. Była wiata przed dworcem. Później coś się stało, chyba był jakiś pożar, i tę wiatę rozebrano.

Ale dworzec był bardzo zadbany.

Kiedyś więcej malowano, remontowano. Chyba więcej było pieniędzy na takie cele.

Dzisiaj kolej też jest inaczej podzielona. Może nie ma już tyle pieniędzy na to.

Ola Kowalczyk: Czy budynek różnił się od tego, co widzimy dzisiaj?

Lilianna Bereś: Różnił się.

Dzisiaj jest bardziej zaniedbany, ale ma być remont.

Miasto ma współdziałać z koleją i budynek ma być wyremontowany. Kiedy to nastąpi, tego nie wiadomo.

Ola Kowalczyk: Jak wyglądało wnętrze dworca – poczekalnia, kasa biletowa, biuro zawiadowcy?

Lilianna Bereś: Pomieszczenia były bardzo ładnie zadbane i wymalowane.

Naprawdę ładnie wyglądały.

Ola Kowalczyk: Czy było tam miejsce, żeby odpocząć, zjeść coś ciepłego?

Lilianna Bereś: Tak, oczywiście.

Był duży bar. Można było tam pójść na obiad czy na śniadanie. Było bardzo ładnie.

Była duża poczekalnia.

Było fajnie.

Ola Kowalczyk: Czy w budynku były charakterystyczne pomieszczenia albo miejsca, do których mogli wejść wyłącznie pracownicy dworca?

Lilianna Bereś: Tak.

Na przykład kasa biletowa, kasa towarowa.

Były miejsca, do których nie każdy mógł wejść.

Ola Kowalczyk: Czy można powiedzieć, że dworzec był miejscem spotkań mieszkańców?

Lilianna Bereś: Raczej nie.

Ludzie przychodzili głównie po to, żeby uzyskać informacje o połączeniu, kupić bilety albo czegoś się dowiedzieć.

Ola Kowalczyk: Jak wyglądało otoczenie dworca – perony, magazyny, bocznice, może ogród albo budynki gospodarcze?

Lilianna Bereś: Wyglądało dobrze. Wszystko było zadbane.

Perony też były ładne.

Były nawet takie konkursy i nasza stacja zajęła kiedyś jakieś miejsce w konkursie.

Wtedy jeszcze była zawiadowczyni stacji. Zdobyliśmy miejsce za czystość.

Ale to było tyle lat temu, że naprawdę trudno mi już dokładnie powiedzieć.

Ola Kowalczyk: Czy dworzec miał jakieś elementy, których dziś już nie ma? Na przykład ławki, zegar albo charakterystyczne napisy?

Lilianna Bereś: Tak.

Były ławki, było wszystko.

Później zostało to usunięte.

Na budynku był też zegar. Później zabrali ten zegar.

Ola Kowalczyk: Kiedy zaczęło być widać, że ruch na stacji maleje?

Lilianna Bereś: Kilka lat przed moim przejściem na emeryturę.

Już wtedy było wiadomo, że ja mam jeszcze doczekać do emerytury, a później kasa ma zostać zamknięta.

Później jeszcze jedna koleżanka pisała podanie, żeby mogła dopracować do emerytury.

Dyrektor również poszedł jej na rękę.

Dopracowałyśmy do emerytury, a później wszystko zostało pozamykane.

Ja odeszłam na emeryturę w 2005 roku, więc zaczęło się to kilka lat wcześniej.

Ola Kowalczyk: Jak pani wspomina zamknięcie kasy biletowej?

Lilianna Bereś: Przykro było o tym słuchać.

Byłam bardzo zżyta z tą kasą i z pracą na PKP.

To są miłe wspomnienia.

Pracowałam tam długo – trzydzieści siedem i pół roku na PKP i cały ten czas w kasie.

Ola Kowalczyk: Co pani zdaniem zmieniło się najbardziej na kolei od tamtych czasów?

Lilianna Bereś: Bardzo dużo się zmieniło. Była przebudowa dworca.

Kiedyś było tutaj bardzo dużo torów bocznych, na które zjeżdżały pociągi.

Dzisiaj zostały właściwie główne tory i jeden tor odstawczy.

Było dużo torów, torów bocznych. Pociągi zjeżdżały na bocznicę. A dzisiaj jest tylko jedynka, dwójka …. Jedynka to jest pociąg z Węglińca do Zgorzelca. A dwójka ze Zgorzelca na Wrocław i jeden tor boczny (odstawczy) jest.

Kiedyś tych torów było bardzo dużo.

Dużo się zmieniło w tym czasie.

Po prostu jakoś tak wszystko ucichło. Zamilkło. Nie wiem, jak to nazwać.

Ola Kowalczyk: Gdyby mogła pani przekazać przyszłym pokoleniom jedno wspomnienie o dawnym dworcu, co by to było?

Lilianna Bereś: Miłe wspomnienie.

Tyle lat przepracowałam, że człowiek po prostu mile wspomina wszystkie te dni, miesiące i lata.

Ola Kowalczyk: Dziękujemy bardzo pani za wywiad.

Lilianna Bereś: Dziękuję ślicznie. Dziękuję.