Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 4: Kościół św. Franciszka z Asyżu

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Karmela Frączyk · Gość: o. Marek Daukszewicz, proboszcz parafii w Pieńsku

Karmela Frączyk: Kościół parafialny pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu w Pieńsku należy do najważniejszych zabytków miasta. Został wybudowany w latach 1882–1885, a samodzielna parafia powstała w 1907 roku.

Podczas II wojny światowej świątynia uległa znacznym zniszczeniom, jednak w latach 1949–1950 została odbudowana staraniem franciszkanów i mieszkańców.

Dziś kościół jest nie tylko miejscem kultu, ale także ważnym świadkiem historii Pieńska i jego społeczności.

Nazywam się Karmela Frączyk i zapraszam do wysłuchania rozmowy z ojcem Markiem Daukszewiczem, obecnym proboszczem parafii w Pieńsku.

Od ilu lat ojciec posługuje w parafii w Pieńsku?

o. Marek Daukszewicz: Do Pieńska przyjechałem dokładnie 28 czerwca 2016 roku. Minęło dziesięć lat.

Karmela Frączyk: Jak ojciec wspomina swoje pierwsze dni w tej parafii?

o. Marek Daukszewicz: Dla mnie wielkim szczęściem było to, że pierwsze dni mogłem spędzić z moim poprzednikiem, ojcem Markiem Kustroniem.

Dzięki niemu mogłem poznać parafię, klasztor. Mogłem bardzo łagodnie wchodzić w nową rzeczywistość. To było dla mnie bardzo ważne.

Ale całkowitym zaskoczeniem było dla mnie, że już w pierwszych dniach przyszedł do mnie pan Mariusz Pozorski z Zinfo i poprosił o wywiad z nowym proboszczem.

Jeszcze nic nie zdążyłem zrobić, a już wywiady.

Dla mnie było to trochę krępujące, bo nie uważam się za osobę medialną.

Karmela Frączyk: Jak przebiegała budowa kościoła? Czy wiadomo, z jakich materiałów został wzniesiony? Kto wykonywał prace i kto był architektem?

o. Marek Daukszewicz: Jak wynika z zapisów historycznych, budowa szła ekspresowo, bo trwała trzy lata.

Dla porównania – moi współbracia budują kościół w Zielonej Górze. Budowa trwa już ponad trzydzieści lat i końca nie widać. Bardzo się z tym zmagają.

Materiały natomiast użyte do budowy to łamany granit w fundamentach oraz ceglane ściany. Patrząc na zapisy historyczne, znajduję tylko informację o kierowniku budowy, znanym z nazwiska – Sztarke ze Zgorzelca. Jego asystentem był technik budowlany ze Stojanowa. Nazwiska nigdzie nie znalazłem.

Karmela Frączyk: Jakie są najważniejsze fakty z historii kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu w Pieńsku?

o. Marek Daukszewicz: I tu jest trochę ryzykowna sprawa, bo inaczej podejdzie do tego historyk sztuki, architekt, a jeszcze inaczej kapłan.

Dla mnie najważniejsze są fakty związane z życiem wspólnoty wiernych.

Nie umniejszając poszczególnym etapom budowy, wymieniłbym kilka najważniejszych wydarzeń.

Pierwsze to poświęcenie kościoła – 15 listopada 1885 roku przez księdza Urbanka ze Zgorzelca, ówczesnego proboszcza. Jeszcze był w Zgorzelcu w Pieńsku nie było wtedy jeszcze parafii.

Dzień 15 listopada przyjęliśmy także jako liturgiczny dzień rocznicy poświęcenia kościoła, obchodzonej każdego roku w randze uroczystości.

To jest ważne. Uroczystość jest najwyższą rangą święta w liturgii kościelnej.

Drugi ważny fakt to erygowanie parafii w 1907 roku i powołanie proboszcza – księdza Otto Springera.

Później zniszczenia kościoła w wyniku działań wojennych w 1945 roku.

Kolejny bardzo ważny fakt to przyjazd do Pieńska ojca Mariana Sumirskiego

I tu też jest bardzo ciekawa historia, dlatego że nie było to jego prawdziwe nazwisko. Tak naprawdę ojciec Marian miał na imię Romuald.

Nazwiska nie udało mi się odcyfrować z zapisów kroniki. Historia była taka, że on ukrywał się przed władzami komunistycznymi.

Przyjechał tutaj w 1946 roku i jest to początek polskiego duszpasterstwa prowadzonego przez Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych, którzy potocznie nazywanych franciszkanami.

Rok 1951 to zakończenie odbudowy zniszczonego kościoła i wznowienie celebracji liturgicznych.

Rok 1952 – odbudowa wieży i zawieszenie dzwonów.

Rok 1954 – montaż organów.

Rok 1960 – ukończenie nowej polichromii.

I tu mogę już podać konkretne daty dzienne, bo wydaje mi się, że są to bardzo ważne wydarzenia.

28 czerwca 1987 roku – przyjazd do Pieńska neoprezbitera, czyli nowo wyświęconego kapłana, ojca Michała Tomaszka, dzisiaj błogosławionego męczennika z Peru.

18 czerwca 1989 roku – pożegnanie ojca Michała Tomaszka w związku z jego wyjazdem na misję.

5 października 1997 roku – intronizacja obrazu Matki Bożej Łaskawej, Królowej Rodzin.

Rok 2007 – gruntowna renowacja kościoła.

I rok 2024, czyli całkiem niedawno – remont posadzki i malowanie ścian kościoła finansowane z dotacji Polskiego Ładu.

Myślę, że ktokolwiek inny wymieniałby ważne fakty z historii kościoła, pewnie nie zgodziłby się ze wszystkimi, które ja tutaj podałem.

Karmela Frączyk: A jakie wydarzenia historyczne miały największy wpływ na losy kościoła?

o. Marek Daukszewicz: Pomijając całą zawieruchę wojenną, a później przyjście tutaj polskiego duszpasterza i polskich wiernych, powiem chyba o takiej rzeczy, która może zabrzmieć kontrowersyjnie.

Sam byłem świadkiem tych wydarzeń i, niestety, również ich uczestnikiem. Były one moim zdaniem bardzo bolesne.

To były czasy pandemii.

To jest straszna rzecz, która wydarzyła się tutaj, w naszej parafii.

Gdy na początku nikt jeszcze nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Daliśmy się zastraszyć, zamykaliśmy kościół dla wiernych i połowa z tych wiernych, którzy wtedy zostali odtrąceni – tak można to nazwać – już do nas nie wróciła.

Karmela Frączyk: Jakie zniszczenia poniósł kościół podczas II wojny światowej?

o. Marek Daukszewicz: To jest ciekawa rzecz, bo mamy tutaj pewne sprzeczności.

Kiedy patrzę na różne przekazy, właściwie mam zagadkę dotyczącą tego, kto był sprawcą tych zniszczeń.

Jedne źródła mówią o Niemcach, którzy wysadzili wieżę kościoła, inne mówią, że zrobiły to wojska radzieckie.

Zgoda jest tylko co do skali zniszczeń.

Celowano po prostu w zniszczenie wieży. Podczas upadku wieża uszkodziła jedną z kopuł wieńczących sklepienie kościoła oraz organy.

W kronice parafii św. Franciszka w Pieńsku z lat 1946–1986 znalazłem taki opis zniszczeń. Pozwolę sobie przeczytać fragment:

„Pod koniec wojny, w 1944 roku, kościół wiele ucierpiał. Największego zniszczenia doznał, gdy cofające się wojska niemieckie wysadziły w powietrze wieżę kościelną. Od padających ścian wieży zawaliły się sklepienia, runęły ściany szczytowe, reszta padła pastwą ognia. Co ocalało wewnątrz kościoła i w zakrystii, zostało skradzione i wyszabrowane. Z kościoła pozostały tylko wypalone mury do wysokości dachu, resztki barwnych sklepień i stos gruzów”.

Można z takim pełnym żalu, a może też pełnym ironii komentarzem powiedzieć, że zniszczenie kościoła dokonywało się tutaj na poziomie międzynarodowym – ponad wszelkimi podziałami i wrogościami.

Karmela Frączyk: Kto podjął się organizacji odbudowy kościoła?

o. Marek Daukszewicz: Szanse na odbudowę dostrzeżono dopiero po przyjeździe do Pieńska ojca Mariana Sumirskiego.

Wcześniej opiekę duszpasterską nad Pieńskiem sprawował ksiądz Józef Rogosz ze Zgorzelca.

Trzeba przyznać, że sam pomysł remontu kościoła był inicjatywą wiernych.

Oni sami po pracy usuwali gruzy ze świątyni.

Natomiast ojciec Marian powołał komitet na rzecz odbudowy kościoła. Było to prawdopodobnie w 1949 roku.

Po pewnych trudnościach – przemilczę szczegóły, ze względu na to, że padają tam konkretne nazwiska i nazwy firm czy instytucji – następuje taki zwrot akcji.

Kronikarz zapisuje takie słowa:

„Na interwencję starosty nadleśnictwo i tartak w Jagodzinie dostarczyły drzewa, można było dalej prowadzić roboty. W rozbudowie brali teraz udział sami parafianie, nawet młodzież i dzieci”.

Pracami kierował sam ksiądz Sumirski.

Zainstalowano okna, otynkowano wnętrze. Wystrój wewnętrzny kościoła przeprowadzono równocześnie, gdy mury kościoła były już dźwignięte i dach na kościele.

Taki jest zapis w kronice.

Karmela Frączyk: Czy po wojnie odbudowano kościół zgodnie z jego pierwotnym wyglądem, czy wprowadzono jakieś zmiany?

o. Marek Daukszewicz: Raczej nie sądzę, żeby udało się odtworzyć wszystkie detale z pierwotnego kościoła.

Patrząc na zdjęcia, zamieszczone chodź by w takim portalu Polska OrkPl, widać zupełnie inny kształt hełmu wieży kościelnej.

Zresztą w późniejszych czasach również dokonano zmian, które z dzisiejszej perspektywy trudno pozytywnie ocenić.

Nie wiem kiedy, ale z kościoła zniknęła drewniana ambona, balaski oddzielające prezbiterium od nawy kościoła.

Nie ma również ołtarza głównego w prezbiterium. Zastąpiono go modną w latach osiemdziesiątych metaloplastyką.

W kronikach widziałem zdjęcia ukazujące przestrzeń prezbiterium, a na jego ścianach drewnianą boazerię. To też była taka moda lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Nawet podczas ostatniego remontu w naszym kościele, konserwator zabytków, podczas oględzin kościoła, odkrył kilka warstw malatury w różnych odcieniach.

Ostatnie malowanie nawiązuje do najgłębszej warstwy farby.

Ale czy była to pierwotna warstwa położona przez budowniczych, czy już efekt prac przy odbudowie – tego nie wiemy.

Karmela Frączyk: Gdzie odbywały się nabożeństwa, zanim świątynia została ponownie przygotowana do użytku?

o. Marek Daukszewicz: Znowu bardzo ciekawa rzecz.

Sięgnę znowu do cytatu z kroniki parafii w Pieńsku:

„Dla przybyłych do Pieńska Polaków staraniem ówczesnego komendanta Pieńska Stanisława Sołtysiaka urządzono kaplicę w jednej z sal dawnego hotelu Stempels. Tu zaczęto odprawiać nabożeństwa. Kaplica jednak była za mała, by mogła pomieścić wiernych”.

Ten budynek jest ciekawy.

Patrzyłem na stare zdjęcia i okazuje się, że stał w miejscu, gdzie obecnie stoi Urząd Miasta i Gminy.

Piękny obiekt.

Karmela Frączyk: Kiedy wierni mogli po raz pierwszy po wojnie ponownie uczestniczyć we mszy świętej w odbudowanym kościele?

o. Marek Daukszewicz: Uroczystość poświęcenia odbudowanego kościoła odbyła się 6 maja 1951 roku.

Od tego momentu sala hotelu została zamieniona na kino, czyli nadal służyła ludziom. Zmieniła się tylko sfera oddziaływania – z duchowej na estetyczną.

Karmela Frączyk: Czy z odbudową kościoła wiążą się jakieś ciekawe historie, przekazy lub anegdoty?

o. Marek Daukszewicz: O to trzeba byłoby zapytać najstarszych pieńszczan.

Pewnie wiele udałoby się zebrać opowiadań z czasów odbudowy kościoła.

Przy takim zaangażowaniu wiernych, łącznie z młodzieżą i dziećmi, musiało na pewno wiele się wtedy dziać.

Karmela Frączyk: Czy klasztor powstał równocześnie z kościołem, czy został wybudowany później? Co wiadomo o jego historii?

o. Marek Daukszewicz: Sięgam znowu do innego dokumentu, który przechowujemy w klasztorze.

Każdy klasztor ma obowiązek prowadzić taką księgę akt konwentu i mamy taką księgę również w Pieńsku.

Odkryłem w niej protokół z wizytacji prowincjalskiej w Pieńsku, przeprowadzonej w dniach 5 i 6 maja 1964 roku.

Znajduje się taka adnotacja:

„Nie ma plebanii, została zniszczona przez działania wojenne, a potem do reszty rozebrana. Ojcowie mieszkają w domu czynszowym miejskim naprzeciw Prezydium Rady Narodowej przy ulicy Bolesławieckiej, o dziesięć minut drogi od kościoła. W tym samym domu mieszkają jeszcze inni lokatorzy”.

Klasztor powstał tak naprawdę dopiero w 1972 roku.

Ojciec Marian Sumirski po przyjeździe do Pieńska mieszkał w tak zwanym domu hutniczym, tak go nazywano.

Kroniki nie wskazują konkretnej lokalizacji.

Ale warto tutaj zrobić dygresję, bardzo ważną dla nas, franciszkanów.

Dla franciszkanów klasztor to nie budynek.

Przyzwyczailiśmy się do wyobrażenia klasztoru przez pryzmat starych opactw benedyktyńskich czy cysterskich – potężnych budowli, a przy nich całych wiosek, osiedli i pól.

Dla franciszkanów klasztor to ludzie. Klasztor to wspólnota.

Dlatego chętniej używamy słowa „konwent” niż „klasztor”.

Dla pierwszych franciszkanów pierwszym ważnym klasztorem były po prostu szałasy zbudowane w Asyżu wokół maleńkiej kaplicy Matki Bożej Anielskiej, której nazywanej Porcjunkulą, czyli taką drobinką, cząsteczką.

W Pieńsku, chociaż od 1946 roku posługują franciszkanie, przez długi czas w ogóle nie używano nazwy „klasztor”.

To pokutuje do dzisiaj.

Bardzo wielu parafian, dzwoniąc do nas, pyta: „Czy to plebania?”, „Czy to parafia?”, albo mówią, że idą na plebanię coś załatwić.

Ja wtedy stanowczo zaprzeczam i mówię: „Nie ma u nas plebanii w Pieńsku”.

Natomiast klasztor został oficjalnie erygowany, czyli ustanowiony przez władzę kościelną, 13 maja 1971 roku, chociaż sama budowa domu zakonników nie została jeszcze ukończona.

To jest bardzo ważna data, 13 maj 1981 rok, dlatego że zmienia się obowiązujące nazewnictwo.

Nie ma już „domu zakonnego”, ale mamy „klasztor”.

Przełożony nie nazywa się już prezydentem, jak dotychczas, ale staje się gwardianem.

Zakonnicy zostają również zobowiązani do przestrzegania klauzury, czyli wyznaczenia przestrzeni w domu dostępnej wyłącznie dla zakonników.

Podlegają też obowiązkowi wspólnej modlitwy brewiarzowej oraz wspólnej medytacji.

I wtedy klasztor pieński stał się prawdziwym klasztorem.

Karmela Frączyk: Czy są jakieś wydarzenia lub fakty z historii kościoła, o których mieszkańcy dzisiaj rzadko pamiętają, a warto je przypomnieć?

o. Marek Daukszewicz: Wiele osób ze łzami w oczach wspomina ojca Michała Tomaszka.

Wiele razy miałem okazję tego doświadczyć podczas kolędy.

Pamiętam jedno takie wydarzenie.

Siedzę w domu pewnej rodziny, rozmawiam. Człowiek około czterdziestu lat. Taki silny, twardy mężczyzna.

Swobodnie rozmawiamy i on mówi:

„A proszę ojca, ja to miałem super katechetę”.

I widzę, jak po twarzy tego twardziela płyną łzy jak grochy.

Wspomniał ojca Michała Tomaszka.

Dla mnie to jest dowód, że ten zakonnik miał w sobie szczególny charyzmat, szczególny dar od Pana Boga, który przyciągał ludzi.

A początkiem jego świętości wcale nie była śmierć w dalekich Andach peruwiańskich.

Ona wzrastała tutaj, pośród pieńszczan.

Kiedy tak o tym myślę i wspominam, marzy mi się takie nowe przebudzenie dusz szczerze zachwyconych jego duchowością, żeby swoim życiem duchowym, ukształtowanym przez tego charyzmatycznego katechetę, pociągali innych do Pana Boga.

Karmela Frączyk: Jakie najważniejsze remonty czy prace konserwatorskie przeprowadzono w ostatnich latach?

o. Marek Daukszewicz: Chyba najchętniej sięgam do czasów, kiedy przełożonym, gwardianem i proboszczem w tym klasztorze był ojciec Jan Szpyt.

Pomijając czasy odbudowy, to właśnie za jego czasów tutaj bardzo wiele się działo.

Na pewno trzeba wymienić wielką wymianę posadzki i malowanie wnętrza kościoła.

To wydarzenia sprzed dwóch lat.

Ale też częściowa wymiana instalacji elektrycznej.

Jeśli cofniemy się dalej – wymiana nawierzchni wokół kościoła, wcześniej remont organów i empory chóru kościelnego.

Potężne prace konserwatorskie przy elewacji kościoła.

Namalowanie wizerunków świętych i błogosławionych bliskich naszym czasom.

Zainstalowanie ogrzewania gazowego i centralnego ogrzewania kościoła.

To jest duży atut naszej świątyni.

Karmela Frączyk: Czy podczas remontów odkryto coś, co zaskoczyło ówczesnych ojców franciszkanów lub konserwatorów?

o. Marek Daukszewicz: Tutaj taka ciekawa i trochę wesoła rzecz.

Podczas ostatniego remontu, kiedy zrywaliśmy posadzki i próbowaliśmy dotrzeć już do samego, powiedzmy, fundamentu wewnątrz kościoła, nawet razem z panem burmistrzem wspólnie szukaliśmy złota i innych skarbów, które mogłyby być tutaj ukryte.

Nie znaleźliśmy niczego.

W kościele nie było żadnych piwnic, oprócz małej piwniczki pod zakrystią, gdzie znajdowała się kotłownia.

Natomiast przeglądając kroniki, zdziwiłem się, czytając, że ojcowie franciszkanie – a więc mamy do czynienia już z czasami powojennymi – wspominają o cmentarzu przy kościele, opisującą odbudowę ogrodzenia całej posesji.

Po tym cmentarzu dzisiaj nie ma ani śladu.

Karmela Frączyk: Na jakie elementy wnętrza kościoła warto zwrócić szczególną uwagę?

o. Marek Daukszewicz: Znowu nie zabiorę głosu w tej sprawie jako historyk, architekt czy znawca sztuki.

Powiem tak: dla mnie centrum świątyni to tabernakulum i ołtarz.

Nie ze względu na jakąś nadzwyczajną wartość artystyczną, ale ze względu na Osobę – przez duże „O” – która jest tam gospodarzem.

Zawsze z dumą pokazuję także obrazy przedstawiające męczenników z Peru – ojca Michała i ojca Zbigniewa.

Namalowane całkiem niedawno, parę lat temu, przez naszego artystę, pana Aleksandra Karcza.

Karmela Frączyk: Czy zachowały się elementy oryginalnego wyposażenia?

o. Marek Daukszewicz: Nie sądzę.

Mamy cały katalog zabytków ruchomych, ale musiałbym rzeczywiście poświęcić dużo czasu, żeby przejrzeć poszczególne karty i stwierdzić, które z nich są najstarsze.

Czy znajdziemy takie, które pochodzące jeszcze z czasów niemieckich jeszcze? Nie mam pojęcia.

Karmela Frączyk: Czy w kościele znajdują się relikwie lub szczególnie cenne przedmioty liturgiczne?

o. Marek Daukszewicz: Relikwie tak.

Powiem tylko o tych, których używamy na co dzień.

Są to relikwie św. Franciszka z Asyżu, św. Antoniego, błogosławionego ojca Michała Tomaszka i błogosławionego ojca Zbigniewa Strzałkowskiego.

Jeśli chodzi o inne cenne przedmioty liturgiczne, znowu trzeba byłoby sięgnąć do katalogu. Tutaj zapewne można byłoby bardzo dużo opowiadać.

Karmela Frączyk: A jak zmieniało się otoczenie kościoła na przestrzeni lat?

o. Marek Daukszewicz: O tym tak naprawdę niewiele wiem.

Czytałem w zapiskach, że przy kościele był cmentarz, była plebania, była nawet szkoła.

Dzisiaj nie ma po nich ani śladu.

Natomiast na środku ogrodu znajduje się figura Matki Bożej Niepokalanej. Przyjechała do nas z Wrocławia w latach siedemdziesiątych.

Sam ogród zmieniał się pod wpływem troski i wyobraźni ogrodników.

Trzeba przyznać, że przez wiele lat jego wygląd był owocem pracy naszych parafianek.

To jest niesamowite.

One same skrzykiwały się do pracy w ogrodzie.

I trzeba przyznać – kobiecej ręki nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.

Karmela Frączyk: Gdyby mury tego kościoła mogły opowiadać, jakie wydarzenia z historii Pieńska byłyby ich największymi wspomnieniami?

o. Marek Daukszewicz: Chyba najważniejsze to pożegnanie ojca Michała Tomaszka.

Ale też sobie tak myślę że dobrze, czasami złośliwie mówi się, że ściany mają uszy.

Natomiast mury kościoła są bardzo dyskretne.

W tej świątyni jest przecież ukryta historia każdego człowieka, który się tutaj modli.

Każdego człowieka, który wyznaje swoje grzechy, żegna swoich bliskich zmarłych, par zawierających małżeństwa czy dzieci przynoszonych do chrztu.

Pewnie bardzo dużo opowiedziałyby nam historii ludzkich.

Karmela Frączyk: Gdyby miał ojciec oprowadzić osobę, która po raz pierwszy odwiedza ten kościół, od czego rozpocząłby zwiedzanie i na co ma zwrócić szczególną uwagę?

o. Marek Daukszewicz: Zacząłbym od przyklęknięcia przed tabernakulum.

Karmela Frączyk: Jak wygląda opieka nad zabytkowym kościołem na co dzień?

o. Marek Daukszewicz: Tu dużo można opowiadać.

Dobrze, że mamy życzliwych, zaprzyjaźnionych fachowców, którzy regularnie dokonują oględzin i na bieżąco naprawiają szkody.

Ale my też, jako zakonnicy, którzy mamy swoich przełożonych daleko stąd, w Krakowie, mamy pewne zobowiązania przez nich narzucone.

Obowiązuje nas coś, o czym już od dawna się mówi i chyba do tej pory to jest w sferze zapowiedzi.

My nazywamy to systemem COBU bo tak został nazwany.

Jest to swoista cyfrowa książka obiektu budowlanego, która regularnie przypomina nam o nadchodzących terminach przeglądów.

Mamy ludzi, którzy na podstawie tych przeglądów bardzo szybko reagują, jak trzeba coś naprawić.

A wiadomo, że w takim zabytkowym obiekcie zawsze coś się znajdzie, oni reagują natychmiast.

To wymaga ciągłej czujności i ciągłej gotowości do działania.

Karmela Frączyk: Gdyby miał ojciec opisać kościół św. Franciszka z Asyżu w trzech słowach, jakie by one były i dlaczego?

o. Marek Daukszewicz: „Nasz franciszkański dom”.

Są trzy słowa? Są.

Dlaczego „nasz”?

Mówiłem ostatnio o tym w niedzielę w czasie ogłoszeń duszpasterskich co prawda przy innej zupełnie innej sprawie.

Jestem tutaj proboszczem od dziesięciu lat.

Za dwa lata stąd wyjadę.

Skończy się moja kadencja, trzeba będzie opuścić to miejsce.

Ja stąd wyjadę.

Kościoła nie zabiorę.

Ten kościół jest własnością parafian.

Ten kościół jest ich miejscem.

Jest też domem, bo tutaj rzeczywiście czujemy się jak wspólnota, jak jedna rodzina we wnętrzu tego kościoła.

A „franciszkański” nie tylko ze względu na osobę św. Franciszka.

Przede wszystkim dlatego, że w tej wspólnocie parafialnej daje się odczuć franciszkowego ducha, otwartego na główne zawołanie Franciszka: „Pokój i dobro”.

Tego chcemy najbardziej i pewnie jeszcze go tego nawiążę.

Karmela Frączyk: Czy ma ojciec swoje ulubione miejsce w kościele lub na terenie parafii? Dlaczego właśnie ono?

o. Marek Daukszewicz: Tak.

Bardzo lubię sobie klękać obok prawego, przedniego filara w prawej nawie.

Po pierwsze dlatego, że jest to miejsce dyskretne.

Bardzo lubię gdzieś się ukryć. Zawsze najlepiej czuję się w kątach.

A po drugie jest to dobre miejsce, żeby widzieć obraz Matki Bożej Łaskawej, a jednocześnie dobrze widzieć ołtarz i wystawiony Najświętszy Sakrament.

Przypomnę, że adorację mamy codziennie, od poniedziałku do piątku, od godziny 7.30 do 12.00.

Jest więc dużo okazji do tego, żeby tak sam na sam pobyć z Panem Jezusem w dyskretnym miejscu.

Karmela Frączyk: Z czego ojciec jest najbardziej dumny po latach posługi w tej parafii?

o. Marek Daukszewicz: Myślę, że byłaby tutaj bardzo długa lista.

Kiedy zastanawiałem się nad tym pytaniem, powiedziałbym tak:

Jestem dumny z każdej spowiedzi zakończonej rozgrzeszeniem.

Z każdej udzielonej Komunii Świętej.

Z każdego zawartego i ciągle trwającego małżeństwa.

Z każdego ochrzczonego dziecka.

Po dziesięciu latach pracy mam już takie szczęście, że dzieci, które wtedy chrzciłem, miałem okazję obdarować także Pierwszą Komunią Świętą.

Jestem dumny ze wspólnot działających przy kościele.

Ale pewnie, gdybym miał więcej czasu na zastanowienie, tę listę bardzo bym wydłużył.

Karmela Frączyk: Jakie wydarzenia lub inicjatywy najbardziej integrują parafian?

o. Marek Daukszewicz: Myślę, że to są wspólne adoracje, wieczory uwielbienia, festyn franciszkański.

Praca z grupami i wspólnotami, które są przy naszej parafii.

Wspólne pielgrzymki, wyjazdy, wycieczki.

Ale także wspólny udział w uroczystościach rocznicowych i patriotycznych.

Na pewno.

Karmela Frączyk: Gdyby ojciec miał opisać atmosferę parafialnych uroczystości komuś, kto nigdy tutaj nie był, co by ojciec powiedział?

o. Marek Daukszewicz: Powiedziałbym, że przeżywamy te uroczystości jak rodzina.

Praktycznie wszyscy się znamy.

To nie jest duża miejscowość. Nasza parafia obejmuje także wioski przyległe do Pieńska, ale w większości chyba wszyscy się znamy.

Kiedy rzeczywiście gromadzimy się na jakiejś uroczystości, daje się wyczuć podniosły nastrój i zaangażowanie wielu osób.

Bardzo podoba mi się to, że przy różnych uroczystościach nasi parafianie wręcz między sobą prowadzą bardzo ożywione negocjacje, kto i w jaki sposób może przyczynić się do ich uświetnienia.

I to jest piękne.

Karmela Frączyk: Czy przychodzi ojcu do głowy jakieś wydarzenie związane z naszą parafią, które szczególnie zapadło ojcu w pamięć i do dziś wywołuje uśmiech?

o. Marek Daukszewicz: Jest jedno takie wydarzenie, które opowiadam moim przełożonym jako anegdotkę.

Zawsze im mówię:

„Słuchajcie, wy mi już nie składajcie żadnych obietnic, nie dawajcie mi żadnych awansów, bo nie jesteście w stanie dać mi niczego więcej niż dostałem w Pieńsku”.

A było to tak.

Mały Leoś, prowadzony za rękę przez brata Jana, swojego katechetę, szedł obok kościoła.

Akurat przyjechałem, wysiadam z samochodu.

Brat Jan, jako dobry katecheta i wychowawca, mówi do Leosia:

„Leoś, zobacz, ojciec proboszcz przyjechał. Co się mówi?”.

Leoś wyszarpnął się z ręki brata Jana, stanął na baczność, zrobił skłon prawie do ziemi i powiedział do mnie:

„Dzień dobry, Panie Boże!”.

Kto mi da więcej?

Karmela Frączyk: Czy są tradycje lub wydarzenia, które warto pielęgnować, aby nie zostały zapomniane?

o. Marek Daukszewicz: Wydaje mi się, że bardzo piękną i dobrą tradycją są nabożeństwa fatimskie.

Bardzo je lubię, kocham te nabożeństwa.

Przyciągają wielu ludzi do naszej świątyni i kończą się zawsze procesją z modlitwą różańcową.

Ale również to, co celebrujemy praktycznie każdego roku z dużym udziałem społeczności Pieńska, nawet z ludźmi, którzy nie zawsze są z nami co niedzielę w kościele.

To procesje Bożego Ciała.

Drogi Krzyżowe w Wielki Piątek ulicami miasta.

Orszak Trzech Króli, który właściwie nie istniałby i nie funkcjonowałby bez pełnego zaangażowania Domu Kultury.

To są, wydaje mi się, bardzo bardzo cenne wydarzenia.

Karmela Frączyk: Czego życzyłby ojciec parafii i jej wspólnocie na kolejne lata?

o. Marek Daukszewicz: Na pewno tego, żeby wszyscy – ale absolutnie wszyscy mieszkańcy naszej parafii – w naszym kościele czuli się jak w domu.

A poza tym tego, co jest zawołaniem naszego franciszkańskiego zakonu:

„Pokój i dobro”.

Słowo „dobro” rozumiemy. Kiedy życzymy komuś dobra, jest to jasne i piękne.

Ale „pokój” nie oznacza tylko stanu zawieszenia broni czy powstrzymania walk.

Pokój w znaczeniu biblijnym, ale także franciszkańskim, jest czymś o wiele większym.

Czasami w naszym potocznym języku, kiedy chcemy komuś szybko złożyć życzenia, mówimy:

„Życzę ci wszystkiego najlepszego”.

I właśnie to oznacza ten biblijny pokój.

Kiedy życzymy komuś pokoju, to życzymy mu:

niech spotka cię sama radość, samo szczęście, niech wydarzy się w twoim życiu wszystko to, co może być najlepsze.

I tego życzę parafianom w Pieńsku.

Karmela Frączyk: Dziękuję za rozmowę.

o. Marek Daukszewicz: Bardzo mi było miło. Dziękuję również.