Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 5: Dom Kultury

Wróć do nagrania audio

Wspomnienia: Andrzej Brandys · Czyta: Bartosz Filip

Sięgając pamięcią do czasów mojego dzieciństwa, lat sześćdziesiątych, ówczesny Zakładowy Dom Kultury jawi mi się, a szczególnie jego wnętrze, jako ponure, zatęchłe, źle oświetlone, przesycone papierosowym dymem pomieszczenie. Sala widowiskowa była notorycznie nieogrzewana, z grubo ciosanymi ławkami, często się przewracającymi. Widzowie byli zmuszeni siedzieć w zimowych okryciach, często przytupując nogami. Należy przypomnieć, że zimy wówczas były dość ostre.

Przy tej niedoskonałości istniał problem najważniejszy: fatalna akustyka sali. W tych czasach mikrofon był nieosiągalnym rarytasem. Przypominam sobie fakt, kiedy byłem uczniem siódmej klasy. Nasza szkoła szykowała montaż słowno-muzyczny z okazji Święta Ludowego Wojska Polskiego, 12 października. Decyzją kierownictwa szkoły, pana Kazimierza Borciucha – dyrektora szkoły, i pani Jadwigi Serafin-Bury wyznaczono mnie do roli konferansjera. Stosownie do okoliczności musiałem być przebrany za żołnierza. Mundur otrzymałem od najmniejszego wzrostem WOPisty. W Pieńsku, na miejscu dzisiejszego budynku policji, była strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza.

Cały dramat zaczął się na scenie sali widowiskowej. W pomieszczeniu było szaro-biało od dymu tytoniowego. Widziałem tylko pierwsze rzędy, a w dodatku bez mikrofonu nie było mnie na sali słychać. Zgromadzeni widzowie zaczęli krzyczeć: „Głośniej!”. Wrzawa była niesamowita, bo pomieszczenie od nadmiaru widzów pękało w szwach. Byłem zdruzgotany. Pomimo wspomnianych niedogodności, z powodu braku innych możliwości spędzania czasu, wszelkie spotkania, uroczystości oraz zabawy taneczne przyciągały tłumy chętnych. Należy wspomnieć, że spotkania ku czci miały w większości charakter państwowy. Imprezy stricte kulturalne były sporadyczne. Oprawę artystyczną tych spotkań często oferowała szkoła. Niewielka była oferta dla dzieci i młodzieży.

Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać. Sprowadzano instruktorów, powstawały koła zainteresowań i zespoły muzyczno-teatralne. Również wnętrze budynku Domu Kultury ulegało korzystnym przemianom. Z inicjatywy ówczesnego opiekuna obiektu, pana Józefa Doszko, poprawiono estetykę i akustykę sali widowiskowej poprzez oprawę boazeryjną wokół sceny, zmieniono też oświetlenie.

Szczególnie ciekawym rozwiązaniem było utworzenie klubo-kawiarni, na miejscu obecnej biblioteki, z barem, stolikami i wygodnymi fotelikami. Można tam było kulturalnie wypić kawę i jednocześnie uczestniczyć w kameralnych spotkaniach z udziałem artystów spoza Pieńska.

Przypominam sobie pewien incydent podczas występu znanego wówczas satyryka z Warszawy o ciętym języku, Jana Tadeusza Stanisławskiego. Organizatorką tego spotkania była pani Polanin. Otóż w trakcie spektaklu dwoje uczestników, zdaje się, „Pod dobrą datą”, demonstracyjnie opuściło lokal, powiadamiając organa śledcze o rzekomej krytyce ustroju PRL. Oczywiście były przesłuchania uczestników, a sama organizatorka doznała szykan ze strony prokuratury.

Mile wspominam bardziej pogodne wydarzenie, to jest utworzenie spośród dorosłych twórców-amatorów koła plastycznego, zajmujących się głównie malarstwem i rzeźbą. W skład tej grupy wchodzili: Stanisława Witek – nauczycielka matematyki, Mirosław Bąk i Tadeusz Dubrawski – pracownicy huty, magister Piotrowski – ówczesny aptekarz, inżynier Pycia z Fabryki Form, doktor Józef Czerwiński i moja skromna osoba.

Co ciekawsze, przyznano nam konsultanta, artystę plastyka, szefa Biura Wystaw Artystycznych w Jeleniej Górze. Należy zauważyć, że Jelenia Góra w tamtym czasie była miastem wojewódzkim.

Kojarzy mi się, w związku z tym okresem, zabawny moment. Otóż konsultacja polegała między innymi na ocenie i korekcie naszych prac. Pewnego razu surowy artysta zbeształ jednego z uczestników zajmujących się rzeźbieniem afrykańskich masek. Poradził mu, żeby nie naśladował obcych wzorców, zszedł na grunt krajowy i zajął się lepiej kopiowaniem „głów wawelskich”. Oglądając moją pracę malarską, zwrócił szczególną uwagę na… urodę ramy do obrazu.

Plonem działalności zespołu były wystawy twórców oraz plener malarski. Można było również uczestniczyć w lokalnych lub krajowych konkursach, uhonorowanych czasem nagrodami.

Na osobną wzmiankę zasługuje działalność biblioteki zakładowej przy Pieńskich Hutach Szkła. Pracownikiem tej placówki był pan Zygmunt Rybak, człowiek legenda, erudyta, tłumacz i znawca literatury. Często byłem świadkiem jego nostalgicznych opowieści o Kresach, skąd pochodził i skąd musiał uciekać w związku z tragicznymi zdarzeniami dla Polaków na obszarze dawnej Ukrainy.

Jego udziałem było stworzenie projektu „Pieńska Jesień Poetycka”, co było krokiem do zainteresowania się poezją i literaturą przez młodych mieszkańców naszej miejscowości. Dodatkowym atutem tej działalności były liczne spotkania początkujących adeptów poezji ze znanymi literatami z kraju.

Jestem przekonany, że aktywność Zygmunta zaowocowała ujawnieniem wielu talentów, a efekty jego pracy są zauważalne do chwili obecnej. Wielu uczestników tego projektu może się poszczycić wydaniem drukiem swojej twórczości, na przykład Henryk Drzazga i Helena Budzińska.

Przy tej okazji warto wymienić donatorów wspierających młode talenty. Byli to: Henryk Drzazga, Marta Lipa, Grzegorz Miłoszewicz, Dominika Pastuszko, Ryszard i Waldemar Sikora oraz Janina Żywica. Nie sposób pominąć ofiarności ze strony istniejących zakładów pracy i instytucji.

Dopełnieniem tej działalności było włączenie środowisk szkolnych. Przejawiało się to między innymi barwnymi korowodami z udziałem uczniów miejscowych szkół, ilustrujących swoim przebraniem i odpowiednimi atrybutami znane postaci z lektur szkolnych. Często kończyło się inscenizacjami teatralnymi fragmentów książek.

Okazją do manifestowania tych treści były Dni Oświaty, Książki i Prasy, Pieńska Jesień Poetycka czy Dni Pieńska. Na spotkania z młodzieżą szkolną przychodzili znani literaci. Sam miałem okazję przedstawić ośmioklasistom pana Bogusława Kierca, poetę, aktora i krytyka literackiego w jednej osobie, z wrocławskiego teatru.

Wspomnę także o innych zaletach ówczesnego bibliotekarza. Otóż w trakcie naszych studiów pan Zygmunt na naszą prośbę chętnie sprowadzał z centralnych bibliotek pozycje i opracowania książkowe niedostępne dla nas na rynku wydawniczym. Poprzez liczne kontakty i znajomości ułatwił mojej żonie dostęp do księgozbioru na terenie dawnej jednostki radzieckiej w Legnicy.

Z perspektywy czasu należy tylko żałować, że ten interesujący projekt z udziałem pomysłodawcy nie dotrwał dłużej. Poprzez arbitralne decyzje ówczesnych władz partyjno-administracyjnych zakończono istnienie Pieńskiej Jesieni Poetyckiej.

Pamiętam argumentację z tamtego czasu. Tłumaczono, że działalność obejmuje tylko wąską rzeszę odbiorców i to się nie opłaca. Kontrargumentem jednego z przyjezdnych literatów z Warszawy była riposta: „Jeśli przyciągniemy do szeroko pojętej kultury choćby jedną osobę, to już jest sukces”.

Później pan Henryk Drzazga, dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury kontynuował spotkania z młodymi miłośnikami poezji, ale już bez udziału pana Zygmunta Rybaka.

Diametralne zmiany nastąpiły po remoncie kapitalnym budynku. Zyskała na wyglądzie fasada Domu Kultury. Odsłonięto fragmentami elewacje, ukazując interesujące piaskowcowe, kamienne elementy.

Wymieniono pokrycie dachowe i woda opadowa nie zalewa sali widowiskowej. Pamiętam podstawione na podłodze naczynia i wypłukany parkiet. Pomieszczenia do różnych sal zajęć stały się bardziej funkcjonalne.

Przeniesiono bibliotekę naprzeciwko, a na miejscu dawnej biblioteki zakładowej powstała szatnia i biura. Należy przypomnieć, że biblioteka dla dzieci i młodzieży znajdowała się przed laty przy ulicy Kościuszki, obok obecnej drogerii, w ciasnym, położonym na piętrze lokalu. Opiekunką była wówczas pani Maria Lange.

W historii budynku był także epizod, kiedy sala widowiskowa Domu Kultury pełniła funkcję sali kinowej. Było to w okresie remontu generalnego kina przy ulicy Kościuszki, obecnie nieczynnego.

Ciekawą inicjatywą w działalności Domu Kultury było organizowanie corocznego Święta Kwiatów. Akcja miała charakter konkursu zakończonego wręczeniem uczestnikom nagród. Pomysłodawczynią i realizatorką tego przedsięwzięcia była pani Mariola Pałuska. Niewątpliwie był to jeszcze jeden przyczynek do podniesienia estetyki w naszym mieście. Szkoda, że ten pomysł porzucono.

Bardzo trafnym rozwiązaniem była przed laty adaptacja poddasza budynku na salę wystawienniczą. Z satysfakcją muszę powiedzieć, że umożliwiło mi to wyeksponowanie wieloletniego dorobku w dziedzinie malarstwa, rzeźby, tkaniny artystycznej i metaloplastyki. Od lat zmienia się oferta kulturalna, skierowana przez Dom Kultury w Pieńsku do dorosłych i dzieci. Wiele dzieje się w budynku, ale i poza nim. Pozwala to zainteresować i zaktywizować większą liczbę mieszkańców.

Sam korzystam z możliwości eksponowania swoich prac rzeźbiarskich w holu budynku. Mam nadzieję po trosze edukować zainteresowanych o ważnych, aktualnych i historycznych wydarzeniach.

Czytał Bartosz Filip.