Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 6: Ośrodek Zdrowia

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Julia Dyk · Gość: Marianna Wysoczańska, była położna środowiskowa Ośrodka Zdrowia w Pieńsku · Wspomnienia uzupełnia córka, Romana

Julia Dyk: Budynek przy ulicy Henryka Dąbrowskiego 64 w Pieńsku ma ponad stuletnią historię związaną z ochroną zdrowia mieszkańców. Jego początki sięgają końca XIX wieku, a około 1907 roku został przebudowany.

W okresie niemieckim mieścił się tutaj szpital powiatowy – Kreis Krankenhaus – który w 1926 roku dysponował czterdziestoma łóżkami.

Po zakończeniu II wojny światowej dawny szpital został zaadaptowany na ośrodek zdrowia oraz izbę porodową, która z czasem została zlikwidowana. Budynek służył mieszkańcom Pieńska przez kolejne dziesięciolecia.

Z czasem działalność ośrodka zdrowia została przeniesiona do nowej siedziby przy ulicy Hutniczej 29, gdzie funkcjonuje po dziś dzień.

Historia obu tych miejsc jest częścią historii opieki zdrowotnej w Pieńsku. Historii, którą tworzyły kolejne pokolenia lekarzy, pielęgniarek, położnych i przede wszystkim mieszkańców miasta.

Nazywam się Julia Dyk i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panią Marianną Wysoczańską, która przed laty pracowała w Ośrodku Zdrowia w Pieńsku jako położna środowiskowa.

Część wypowiedzi zostanie uzupełniona przez córkę, Romanę.

Zacznijmy od początku. Kiedy rozpoczęła pani pracę w Ośrodku Zdrowia?

Marianna Wysoczańska: Jeśli chodzi o daty, to mogę się pomylić, bo niestety pamięć zawodzi.

W 1974 roku. Ściśle mówiąc, zaczęłam pracować w grudniu 1974 roku.

Julia Dyk: Czy pamięta pani swój pierwszy dzień pracy w tym miejscu?

Marianna Wysoczańska: Oczywiście. Zapamiętałam go, bo właśnie byłam na pierwszym patronażu u koleżanki, nauczycielki.

Zadawałam pytania położnicy dotyczące pielęgnacji i przestrzegania zasad higieny przy noworodku, który miał jeszcze niezagojoną pępowinę.

To był taki pierwszy wstęp.

Julia Dyk: W jakich latach pani tam pracowała?

Marianna Wysoczańska: Od 1974 roku do końca, do emerytury.

Julia Dyk: Jaką funkcję pani pełniła? Była pani przede wszystkim położną, pielęgniarką czy wykonywała pani obie te funkcje?

Marianna Wysoczańska: Byłam położną środowiskową.

Odwiedzałam położnice po porodzie, które wracały ze szpitala.

Dostawałam ze szpitala powiadomienie, że taka pacjentka pojawiła się w moim rejonie. Miałam adres i wtedy szłam na odwiedziny.

Julia Dyk: Jak wyglądał budynek Ośrodka Zdrowia od strony ulicy?

Marianna Wysoczańska: Od strony ulicy była właściwie droga polna.

Budynek był jeszcze wtedy w dobrym stanie. Ogólnie wyglądał bardzo ładnie.

Julia Dyk: Czy pamięta pani, jaki miał kolor? Jakie były okna, drzwi, elewacja?

Marianna Wysoczańska: Kolor był piaskowy, a okna drewniane, jeszcze poniemieckie.

Z czasem były już w bardzo złym stanie. Jak się myło okna, to trzeba było je czasami siekierą otwierać i siekierą zamykać.

Romana: Na wysokim parterze była przychodnia i poradnie, natomiast na górze znajdowały się mieszkania.

Mieszkali tam lekarze, dentysta i mama – położna. Były mieszkania dla trzech rodzin.

Marianna Wysoczańska: Był też kawałek ogrodu.

Początkowo stan budynku był dobry, później zaczął się pogarszać, ale generalnie była to bardzo ładna placówka. Bardzo ładne miejsce, z pięknym parkiem z tyłu budynku.

Julia Dyk: Czy przed budynkiem znajdował się ogród, drzewa, ławki albo jakiś plac?

Marianna Wysoczańska: Oczywiście. Były ławeczki i ogródek, taki normalny, jak na działkach.

Ja również mieszkałam z rodziną w Ośrodku Zdrowia, na pierwszym piętrze. Z drugiego końca mieszkała pani doktor.

Piękny był to teren. Bardzo piękny teren parkowy. Ze wszystkich stron rosły przepiękne drzewa.

Ogród znajdował się w drugiej części budynku, przy budynku gospodarczym.

Za ośrodkiem był ładny kawałek ogrodu dla mieszkańców, dla rodzin.

I piękny park, który chyba do dzisiaj jest utrzymany.

Julia Dyk: Czy budynek miał jakieś charakterystyczne elementy, które szczególnie zapadły pani w pamięć?

Marianna Wysoczańska: Były takie ornamenty nad oknami, ozdobne, rzeźbione. Nie nad wszystkimi, ale częściowo.

Julia Dyk: Czy pamięta pani, jak wyglądało podwórze lub teren za budynkiem?

Marianna Wysoczańska: Była doprowadzona woda. Można było skorzystać, umyć samochód czy podlać ogród.

Julia Dyk: Czy budynek dysponował jedynie głównym wejściem?

Marianna Wysoczańska: Na początku tak. Było jedno wejście główne.

W późniejszym okresie, kiedy w suterenie powstała rehabilitacja, było też drugie wejście do piwnicy, po schodach.

Od ulicy Dąbrowskiego wchodziło się do poradni głównym wejściem.

Romana: Wtedy droga rzeczywiście była jeszcze polna. Asfalt nie był doprowadzony do końca. Tędy chodziło się też w stronę ogródków.

Julia Dyk: Spróbujmy przejść się po dawnym Ośrodku Zdrowia. Co znajdowało się zaraz przy wejściu?

Marianna Wysoczańska: To zależy, z której strony.

Od strony wejścia do mojego mieszkania była poradnia dziecięca. Za poradnią dziecięcą znajdował się punkt szczepień.

Romana: A jeśli mówimy o głównym wejściu, to wchodziło się na poczekalnię.

Po prawej stronie była rejestracja, a po lewej, wzdłuż korytarza, gabinety lekarskie i gabinet zabiegowy. Był też gabinet dentystyczny.

To był taki główny hol.

Julia Dyk: Gdzie znajdowała się rejestracja?

Marianna Wysoczańska: Przy głównym wejściu.

Julia Dyk: Gdzie pacjenci czekali na lekarza?

Marianna Wysoczańska: Był duży hol, taki szeroki korytarz. Stały tam krzesła przykręcone na stałe.

A jak była ładna pogoda, ludzie czekali też na dworze.

Julia Dyk: Ile było gabinetów?

Marianna Wysoczańska: Był gabinet zabiegowy, gabinet stomatologiczny, gabinet internisty oraz gabinet kierownika przychodni.

Później był punkt szczepień.

Na samym końcu był też nieduży gabinet socjalny.

Julia Dyk: Gdzie znajdował się gabinet zabiegowy?

Marianna Wysoczańska: Zaraz po wejściu głównym, z korytarza po lewej stronie.

Julia Dyk: Co znajdowało się na piętrze, a co w pomieszczeniach piwnicznych?

Marianna Wysoczańska: Początkowo na dole były normalne piwnice lokatorów.

Przez okno wsypywało się opał – koks czy węgiel.

Romana: Trzeba też uzupełnić, że później w piwnicach zrobiono rehabilitację. Nie pamiętam, w którym dokładnie roku.

Były tam gabinety rehabilitacyjne, wanna i gabinety fizykoterapeutyczne.

Julia Dyk: Czy znajdowały się tam magazyny, pomieszczenia gospodarcze, archiwum?

Marianna Wysoczańska: Archiwum oczywiście było.

Nie mieściło się bezpośrednio na piętrze przy przychodni, tylko na dole.

Były też pomieszczenia gospodarcze.

Jakieś stare sprzęty, kozetka, pojemniki na odpady – to wszystko musiało znajdować się na dole.

Zostały też łóżeczka niemowlęce po dawnej porodówce.

Julia Dyk: Czy układ pomieszczeń zmienił się w czasie pani pracy?

Marianna Wysoczańska: Tak.

Później doszło laboratorium.

Przyjechał lekarz internista z rodziną, który później pełnił funkcję kierownika, a jego żona była laborantką.

Laboratorium znajdowało się tuż przy gabinecie zabiegowym.

Julia Dyk: Jak wyglądały gabinety w tamtych czasach?

Marianna Wysoczańska: W gabinecie lekarskim było biurko, dwa krzesła, leżanka. Była też waga.

Julia Dyk: Jakie sprzęty medyczne znajdowały się w Ośrodku Zdrowia?

Marianna Wysoczańska: W gabinecie zabiegowym była leżanka, był tlen i zestaw przeciwwstrząsowy – czyli leki potrzebne w takich przypadkach.

Romana: Wspominałyśmy też z mamą, że chyba w latach osiemdziesiątych, na pewno również w okresie stanu wojennego, w Pieńsku przez kilka godzin pełnione były dyżury pogotowia.

Mama jeździła na wizyty patronażowe na wieś z kierowcą karetki.

Ta karetka była przy Ośrodku Zdrowia tak jakby na stałe.

Kierowca dowoził mamę na patronaże. Lekarz też jeździł do osób, które były w ciężkim stanie.

Karetka woziła również badania laboratoryjne i przywoziła wyniki.

Jeżeli zdarzyła się jakaś nagła sytuacja, zanim karetka pogotowia dojechała ze Zgorzelca, można było korzystać z tej, która znajdowała się przy ośrodku.

Były też dyżury w święta. Przez jakiś okres były na pewno.

W stanie wojennym był także całonocny dyżur.

Pamiętam rodzinną Wigilię w większym gronie. Zaproszony był do nas na kolację śp. pan doktor Kasiniak [nazwisko niepewne].

Ktoś jednak musiał pozostać przy radiostacji w rejestracji. Doktor przyszedł na chwilę na Wigilię, pobył z nami i wrócił do pełnienia dyżuru.

Nie wiem, przez ile lat to funkcjonowało, ale przez jakiś czas w Pieńsku była karetka pogotowia, która służyła mieszkańcom.

Jak były trudne przypadki, mama jechała karetką daleko na wieś, gdzie czasem nie było jeszcze porządnych dróg – do Stojanowa, Bielawy Dolnej, Bielawy Górnej, Żarki nad Nysą i innych miejscowości.

Julia Dyk: Czy mieliście wtedy dostęp do aparatury, którą dzisiaj uznalibyśmy za podstawową?

Marianna Wysoczańska: Ciśnieniomierz był na pewno, taki rtęciowy.

Respiratora nie było. Był tlen, ciśnieniomierz i zawsze był lekarz.

Julia Dyk: Kto jeszcze wchodził w skład personelu? Pielęgniarki, położne, rejestratorki, pracownicy gospodarczy?

Romana: Był konserwator, palacz. To były osoby, które również dbały o teren Ośrodka Zdrowia.

Jeżeli coś się zepsuło, zajmowali się naprawą. Teren był zawsze pozamiatany.

Pamiętam też pana pochodzenia greckiego. Nazwiska już nie pamiętam. Jego syn mieszka chyba nadal w Pieńsku.

Bardzo ciężko pracował. Ręcznie zrzucał koks, węgiel, zamiatał cały teren Ośrodka Zdrowia wraz z parkiem. Żona mu pomagała.

Była też pralnia.

Przychodziła pani na kilka godzin i prała bieliznę z Ośrodka Zdrowia – fartuchy, prześcieradła do gabinetów lekarskich i inne rzeczy związane z obsługą pacjentów.

Julia Dyk: Kto za pani czasów pracował w Ośrodku Zdrowia, poza lekarzami? Czy pamięta pani imiona i nazwiska?

Marianna Wysoczańska: Kiedy przyszłam, starszą pielęgniarką była pani Halina Szpak.

Szefową poradni dziecięcej była śp. pani Jolanta [nazwisko w zapisie: Guardian – niepewne].

Były pielęgniarki obsługujące gabinety i lekarzy.

Pani Danuta Kornecka, pani Jola Gonera – bardzo zasłużona pielęgniarka.

Była pani Kowalczyk, była też na którymś etapie pani Pawlik.

Nie wymienię wszystkich pań, bo później pracowały już po kilka lat i personel się zmieniał.

Ale ten pierwszy etap, lata siedemdziesiąte, był dosyć rozbudowany.

Romana: Były również osoby odpowiadające za opiekę społeczną i poradnię środowiskową.

Mama pracowała z panią Wisiakową i panią Elżbietą Szabłowską.

Był też etap w latach osiemdziesiątych, kiedy pracowały panie zajmujące się pomocą społeczną – pani Jola Glapińska, pani Irena Sznycer.

To była kompleksowa pomoc.

Chodziły na wywiady środowiskowe i zajmowały się ludźmi potrzebującymi w Pieńsku i gminie.

Julia Dyk: Czy pamięta pani nazwiska lekarzy, którzy przyjmowali pacjentów?

Marianna Wysoczańska: Pamiętam doktora Ilnickiego, pediatrę.

Był kierownikiem przychodni.

Romana: To dzięki niemu mogliśmy też przyjechać do Pieńska, bo zwolnił się etat położnej.

Była pani Lewandowska, która miała również ukończone studium felczerskie. Przeszła z funkcji położnej na stanowisko o charakterze lekarskim i wtedy zwolnił się etat.

Dla nas była to dobra szansa.

Mama miała już wtedy około dziesięciu lat pracy typowo położniczej w szpitalach i porodówkach.

Przed przyjazdem do Pieńska przez wiele lat pracowała na dyżurach w szpitalu w Lwówku Śląskim, po ukończeniu szkoły położnych w Białymstoku.

W latach pięćdziesiątych odbierała najpierw porody w domach, a później, aż do 1974 roku, pracowała przy porodach w szpitalu.

W 1974 roku przyjechaliśmy całą rodziną do Pieńska i wtedy mama rozpoczęła pracę jako położna środowiskowa, zajmując się przede wszystkim wizytami patronażowymi.

Z lekarzy, którzy wtedy pracowali, należy wymienić również śp. Jana Wysoczańskiego.

Była pani doktor Kuś, która później pełniła funkcję kierownika i była ginekologiem.

Przyjeżdżali także lekarze wojskowi, w tym pediatrzy.

Szefem pediatrii był doktor Ilnicki. Współpracował z położnymi i pielęgniarkami środowiskowymi, bo musiały zdawać mu relację, jeśli któraś matka albo dziecko miało problemy po porodzie.

Jeśli pojawiała się choroba, lekarze dojeżdżali do tych rodzin karetką albo indywidualnie.

Był też doktor Błaszczak, doktor Siewa, który krótko przyjmował dorosłych.

Trzeba również wspomnieć panią doktor Danutę Grylińską [nazwisko niepewne], która przez wiele lat pracowała w Pieńsku – od rana do nocy.

Był doktor Czerwiński. Nigdy nie odmawiał pomocy. Jeśli ktoś poprosił, że w domu jest chory człowiek, przychodził bez żadnego „ale”.

Pracował również pan Kasiniak, felczer [zapis nazwiska niepewny].

Była doktor Muszyńska, która pracowała dla huty.

Lekarze i pediatrzy zmieniali się. Było ich kilku.

Cała poradnia była również nadzorowana przez pediatrów ze Zgorzelca. Nad doktorem Ilnickim była między innymi doktor Różyło-Grabarek ze Zgorzelca.

Był również doktor [nazwisko w transkrypcji: Danezi – niepewne], który później pełnił funkcję pediatry i zastępcy kierownika przychodni w Pieńsku.

Julia Dyk: Ilu lekarzy pracowało w Ośrodku Zdrowia?

Marianna Wysoczańska: Myślę, że nawet do dziesięciu, jeśli liczyć wszystkich w różnych okresach.

W normalnym toku pracy początkowo był jeden albo dwóch lekarzy.

Bywało, że był jeden lekarz, bywało dwóch, ale zawsze musiał być pediatra.

Julia Dyk: Jak wyglądała współpraca między lekarzami, pielęgniarkami i położnymi?

Marianna Wysoczańska: Była wspaniała komunikacja.

Spotykaliśmy się codziennie. Mówiliśmy sobie, co wydarzyło się danego dnia, komu udzieliliśmy pomocy, jakie były problemy.

Ja miałam bardzo ścisły kontakt z doktorem Ilnickim, pediatrą.

To było moje zadanie.

Zgłaszałam mu sytuację po wizytach patronażowych, mówiłam, co zastałam u pacjentki w domu i później zdawałam mu sprawę.

On zawsze na mnie polegał.

Pytał: „Czy mam jechać?”.

Mówiłam: „Raczej nie, nie ma potrzeby” albo informowałam, że lekarz powinien pojechać.

Mimo wszystko doktor również przynajmniej raz jechał do noworodków po porodzie.

Romana: Wszystkie pielęgniarki były wtedy z Pieńska. Żadna nie dojeżdżała, wszystkie mieszkały na miejscu.

Był też ginekolog.

Marianna Wysoczańska: Pani doktor Kuś przez kilkanaście lat prowadziła poradnię.

Był też doktor [nazwisko niepewne], bardzo wspaniały człowiek, który nagle zmarł.

Julia Dyk: Czy wykonywano na miejscu badania laboratoryjne, pobieranie krwi, szczepienia?

Marianna Wysoczańska: Przez pewien okres laboratorium działało na miejscu.

Prowadziła je żona doktora [nazwisko w transkrypcji: Doroszew – niepewne].

Wcześniej przyjeżdżał ze Zgorzelca magister analityki medycznej.

Były dwie laborantki, techniczka i osoba zatrudniona do pomocy technicznej.

Laboratorium funkcjonowało przez długie lata i wykonywano na miejscu wszystkie podstawowe badania.

Julia Dyk: Czy położne odwiedzały kobiety i noworodki w ich domach? Jak często takie wizyty się odbywały?

Marianna Wysoczańska: Jak już mówiłam, dostawałam powiadomienie ze szpitala, że pacjentka z mojego rejonu urodziła dziecko.

Mój rejon obejmował między innymi Pieńsk, Lasów, Żarkę nad Nysą, Toporów. W Toporowie były bloki wojskowe.

Jeździłam wtedy do domu.

Zdarzały się też sytuacje trudne.

Rzadko, ale bywały matki, które dzisiejszym językiem nazwalibyśmy trochę niewydolnymi wychowawczo.

Potrzebowały wsparcia.

Czasami w domu pojawiał się problem alkoholowy, brak męża czy brak wsparcia z jego strony.

Trzeba było pomóc, żeby dziecku nie stała się krzywda.

Romana: Wtedy takie domy odwiedzało się częściej.

Czasami trzeba było też zainteresować sytuacją opiekę społeczną, żeby pomóc rodzinie od strony społecznej czy udzielić jakiegoś wsparcia materialnego.

Warunki domowe bywały trudne.

Ale były to sytuacje sporadyczne.

Marianna Wysoczańska: Jeśli chodzi o matki, również je kontrolowałam.

Jeżeli po porodzie były nacinane i szyte, sprawdzałam, czy krocze dobrze się goi, czy trzeba zdjąć szwy.

Jeżeli była taka potrzeba, zdejmowałam szwy. Miałam do tego specjalny zestaw.

Sprawdzałam później, czy wszystko prawidłowo się zrasta.

Jeżeli uważałam, że coś jest nie tak, kierowałam kobietę do ginekologa.

Pomagałam też kobietom, które nie umiały odciągać pokarmu.

Czasem piersi były dosłownie twarde jak kamień. Pokazywałam wtedy, w jaki sposób sobie pomóc i jak odciągać pokarm.

Jeśli dziecko było niedokarmione i budziło się częściej niż co trzy godziny, mówiłam, żeby nie patrzeć na zegarek, tylko karmić.

Karmić tak długo, jak jest taka możliwość, nawet do dziewięciu miesięcy.

Matka sama wiedziała, kiedy ma jeszcze pokarm, a kiedy już nie.

Zwracało się również uwagę na odpowiednie odżywianie.

Zalecało się na przykład bawarkę – herbatę z mlekiem – bo uważano, że zwiększa ilość pokarmu.

Jeżeli kobieta miała pokarmu za dużo, przestawała ją pić i wracała do normalnych posiłków.

Julia Dyk: Ilu pacjentów przychodziło dziennie do Ośrodka Zdrowia? Czy zdarzały się kolejki?

Marianna Wysoczańska: Kolejki były. Niewątpliwie.

Romana: Jeśli chodzi o internę, lekarze nieraz siedzieli już po godzinach, ale przyjmowali pacjenta, szczególnie jeżeli przyszedł z bólem czy pilną sprawą.

Przy opiece stomatologicznej również zdarzały się bardzo duże kolejki, szczególnie zimą.

Ale generalnie wszyscy byli przyjmowani.

Jeżeli był tylko jeden internista, przyjmował do końca.

Bywało po kilkudziesięciu pacjentów. Poczekalnia była pełniutka.

Pamiętam też sytuacje nie tylko z pracy mamy, ale również z sąsiedztwa.

Ludzie się znali, żyli ze sobą w większej bliskości. W Pieńsku było więcej młodych ludzi, rodziło się więcej dzieci.

Zdarzało się więc, że nawet w święta ktoś pukał do drzwi i prosił o pomoc.

Nie co tydzień oczywiście, ale bywało, że w święta czy wieczorem przychodził ojciec albo ktoś z rodziny.

Nie było telefonów komórkowych.

Ktoś przychodził i mówił, że dziecko płacze, że coś dzieje się z żoną, że nie wiedzą, jak sobie poradzić.

Często chodziło na przykład o problemy z karmieniem.

Pamiętam również panią doktor Danutę Borkowską. W niejedne święta, nawet w nocy, ludzie pukali do niej z bólem zęba.

Pomagała, wyrywała zęby, robiła wszystko, co mogła.

Zastrzyki również trzeba było czasami robić w sobotę czy niedzielę.

Marianna Wysoczańska: Jak ktoś miał przepisane zastrzyki i wypadała sobota czy niedziela, to przecież nie odmówię.

Mieszkałam tutaj, miałam dostęp do gabinetu zabiegowego, więc schodziłam i robiłam zastrzyk.

Jeszcze do dzisiaj ludzie czasem dzwonią i pytają o poradę.

Romana: Może coś bardziej zabawnego.

W latach siedemdziesiątych organizowano też zabawy choinkowe dla dzieci. Rozdawano paczki.

To było bardzo miłe i integrowało środowisko.

Julia Dyk: Czy telefon w ośrodku często dzwonił?

Marianna Wysoczańska: Często.

Oczywiście był odbierany, jeżeli ktoś akurat był przy rejestracji.

Romana: Czasem pielęgniarka niosła kartoteki do gabinetu lekarskiego, telefon dzwonił, dzwonił i w końcu przestawał.

Było kilka pań rejestratorek.

To również była odpowiedzialna funkcja.

Z tych, które pamiętam, była pani Wanda Kotkowicz [nazwisko niepewne], później pani Marysia Męcikiewicz z domu Borycka [nazwisko niepewne], pani Gizela Werk.

Na pewno były również inne panie.

Zastrzegam, że nie wszystkie daty i fakty potrafię dzisiaj przedstawić dokładnie chronologicznie. Wyjechałam z Pieńska trzydzieści pięć lat temu.

Pamiętam pewien okres z dzieciństwa i młodości i nie chciałabym kogoś pominąć ani wyróżnić jednej osoby, zapominając o kimś, kto również długo tutaj pracował.

To, co opowiadamy, najlepiej oddaje pierwsze lata pracy mamy i okres jej największej aktywności zawodowej.

Julia Dyk: Czy kiedykolwiek słyszała pani, co znajdowało się w tym budynku przed 1945 rokiem?

Marianna Wysoczańska: Przed wojną był tutaj szpital.

Później była porodówka, tak zwana izba porodowa.

Tyle wiemy z opowieści starych pieńszczan.

Na pewno był tutaj szpital z jakimś oddziałem i izba porodowa.

Po wojnie porodówka również funkcjonowała przez pewien czas.

Romana: W budynku pozostały jeszcze po dawnym szpitalu windy, takie dźwigi gospodarcze, którymi przewożono jedzenie dla pacjentów.

Ślady po nich było widać zarówno w części Ośrodka Zdrowia, jak i później w naszych mieszkaniach.

Julia Dyk: Czy wie pani, gdzie w czasach powojennych znajdowała się izba porodowa?

Marianna Wysoczańska: Na pierwszym piętrze, tam, gdzie później mieszkaliśmy.

Od strony wejścia od ulicy Dąbrowskiego, w kierunku ogródków.

Tam prawdopodobnie była porodówka.

Ale przyznam, że dokładnej historii tego okresu nie poznałyśmy.

Romana: Były też wtedy inne zasady dotyczące odwiedzin.

W pewnym okresie mężowie mogli przychodzić do żon po porodzie, później były okresy zakazów i kontakt odbywał się właściwie tylko przez telefon albo personel.

Julia Dyk: Czy za pani czasów Ośrodek Zdrowia był remontowany?

Marianna Wysoczańska: Tak.

To było bardzo przykre, bo był ogromny bałagan.

Wymieniano instalację elektryczną i wodociągową.

Sytuacja była straszna, ale nie można było przecież zamknąć Ośrodka Zdrowia, bo ludzie nadal chorowali.

Julia Dyk: Czy podczas remontów odkrywano coś, co przypominało o dawnym szpitalu?

Marianna Wysoczańska: Z pewnością różne rzeczy były.

Stare instalacje elektryczne już właściwie wisiały.

Były też stare termometry.

Takie dzisiaj można powiedzieć zabytkowe – termometry ścienne, pokojowe.

Piękne, gdzieś trzydzieści, czterdzieści centymetrów długości, ze słupkiem rtęciowym.

Były charakterystycznie wmontowane w ścianę i nie można było ich tak po prostu wyjąć.

My zresztą nie mieszkaliśmy „u siebie”, tylko było to mieszkanie służbowe.

Okna były jeszcze poniemieckie.

Od strony zachodniej były bardzo zniszczone, wypłukane przez deszcz.

Były również bardzo wysokie pomieszczenia.

Mieszkania i gabinety miały chyba około 3,30 metra wysokości.

Julia Dyk: Co najbardziej zmieniło się w budynku od czasu, kiedy rozpoczęła pani pracę, do momentu odejścia na emeryturę?

Marianna Wysoczańska: Moje obowiązki później przejęły pielęgniarki środowiskowe.

Ja chodziłam do noworodków i matek do trzeciego miesiąca życia dziecka.

Po trzech miesiącach wchodziły już pielęgniarki środowiskowe.

Kiedy odchodziłam, funkcjonowały już położne w nieco innym systemie.

Julia Dyk: Jakie jest pani pierwsze skojarzenie, kiedy słyszy pani nazwę „Ośrodek Zdrowia przy Dąbrowskiego”?

Marianna Wysoczańska: Przypominają mi się pierwsze kroki.

Śnieg, mróz, zawierucha.

Niestety trzeba było iść.

Nie było zmiłuj się.

Trzeba było iść do pacjentki i odwiedzać.

Romana: Nie zawsze można było jechać skuterem, który mama dostała służbowo.

To była Jawka – taki motorower.

Był też rower.

To były służbowe narzędzia pracy położnej środowiskowej.

Czasami mogła jechać karetką, ale jeździła też rowerem, skuterem albo chodziła pieszo.

Wizyty patronażowe w zimie również odbywały się pieszo.

Dzieci rodziło się wtedy więcej.

Mama nie miała pracy ograniczonej tak sztywno godzinami, jak dzisiaj przy biurku czy w przychodni.

Kończyła pracę w terenie w zależności od potrzeb.

W jednym miesiącu mogło urodzić się pięcioro czy sześcioro dzieci, a w innym nawet około dwudziestu.

Julia Dyk: Czy jest miejsce w tym budynku albo jego otoczeniu, z którym wiąże się dla pani szczególne wspomnienie?

Marianna Wysoczańska: Tak.

W parku rosła ogromna lipa. Przeogromna.

Nazwaliśmy ją „Marianna”.

Ta Marianna bardzo długo rosła, aż w końcu ze starości się przełamała i trzeba było ją ściąć.

W parku często robiliśmy spotkania imieninowe czy urodzinowe.

Latem, przy śpiewie naszego domowego chóru i gitarze.

Jak ktoś miał gitarę, to trochę pobrzdękał.

Było to słychać chyba na cały Pieńsk.

Ludzie mówili: „O, Ośrodek ma jakieś święto”.

Julia Dyk: Czego najbardziej brakuje pani z tamtych czasów?

Marianna Wysoczańska: Spotykam czasem te matki.

Mam już dziewięćdziesiąt dwa lata, więc wiele rzeczy jest już daleko za mną.

Ale często brakuje mi tych odwiedzin.

Nieraz zaglądam jeszcze do wózeczków, patrzę na dzieciaczki, pytam, jak się chowają, jak są karmione.

A przecież dzieci tych moich dawnych pacjentek mają już dzisiaj własne dzieci.

Bardzo lubiłam swój zawód.

Porodówka to był mój konik.

Nieraz były po cztery, pięć porodów naraz na sali porodowej.

Chodziło się od łóżka do łóżka.

Czasem nawet trudno było zachować wszystkie zasady aseptyki tak, jak należało.

Normalnie powinno się myć ręce piętnaście minut, ale kiedy kilka kobiet jednocześnie rodziło, trzeba było działać jak najszybciej, żeby pomóc dziecku przyjść na świat.

Julia Dyk: Kiedy dowiedziała się pani, że Ośrodek Zdrowia zostanie przeniesiony z ulicy Dąbrowskiego? Jak pani odebrała tę decyzję?

Marianna Wysoczańska: Wtedy już właściwie mnie to nie dotyczyło.

Nie mieszkaliśmy już tam.

Było wiadomo, że w budynku nie będzie już mieszkań i że są wobec niego inne plany.

Byłam już długo na emeryturze.

Odeszłam zresztą na wcześniejszą emeryturę, bo miałam odpowiedni staż pracy.

Trzydzieści pięć lat.

Romana: Dla wielu osób uciążliwe było to, że Ośrodek Zdrowia znajdował się praktycznie na końcu miasta.

Julia Dyk: Gdyby mogła pani jeszcze raz wejść do dawnego Ośrodka Zdrowia przy Dąbrowskiego, co chciałaby pani zobaczyć?

Marianna Wysoczańska: Już tam byłam.

Oglądałam wszystko.

W tej chwili nowi właściciele pięknie go wyremontowali. Budynek jest właściwie nie do poznania. Są pokoje z łazienkami.

Droga ma być zrobiona, ogrodzenie również, bo stare już się waliło.

Park ma zostać uporządkowany, mają być ławeczki, taki zakątek spacerowy dla ludzi, którzy będą tam mieszkać.

Julia Dyk: Jakie wspomnienie z tego miejsca chciałaby pani zachować na zawsze?

Marianna Wysoczańska: Dobre wspomnienia.

Nie wiem, może ludzie czegoś nie powiedzą człowiekowi prosto w oczy, ale z tego, co słyszałam, byli raczej zadowoleni z mojej pracy.

I miło jest usłyszeć takie zdanie.

Romana: Ludzie byli chyba bardziej otwarci na siebie, na pomoc, na współpracę.

Nie musieliśmy być bogaci.

Wystarczyła chęć podzielenia się z innymi tym, co się miało.

Może zabrzmi to trochę górnolotnie, ale nawet jeśli ktoś miał więcej pieniędzy, często nie mógł ich wydać, bo po prostu nie było rzeczy w sklepach.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych żyło się w Polsce skromnie.

Ale to, co było dobre w tamtym miejscu, pomimo odległości, która była uciążliwa również dla nas jako mieszkańców, to właśnie atmosfera.

Ośrodek znajdował się w parku.

Można było tam poczekać, odpocząć.

Była większa przestrzeń.

Była też możliwość udzielania drugiemu człowiekowi bardzo różnej pomocy.

Wszystko było skupione w jednym miejscu: opieka społeczna, środowiskowa, lekarze przyjmujący na etacie czy na dyżurach.

Pamiętam nawet, że kiedyś w niedzielę przychodnia była czynna chyba do godziny jedenastej.

Z jednej strony odległość była trudna do pokonania, ale jeśli chodzi o zakres usług dla mieszkańców, Ośrodek Zdrowia pełnił bardzo ważną rolę.

Mieszkańców było więcej, rodziło się więcej dzieci, inne były też potrzeby.

Julia Dyk: Co chciałaby pani powiedzieć mieszkańcom Pieńska, którzy być może właśnie w tym budynku przyszli na świat albo korzystali z pomocy lekarzy i pielęgniarek?

Marianna Wysoczańska: Życzyć im zdrowia.

Tylko zdrowia i dobrych wspomnień.

Bo naprawdę ludzie też byli piękni w tamtym czasie.

Romana: Były również postaci, których my już osobiście nie znałyśmy.

Osoby związane z Pieńskiem jeszcze od czasów przedwojennych.

Nazwisk już dzisiaj nie podam.

Może ktoś z rdzennych pieńszczan mógłby o nich opowiedzieć więcej.

Były osoby zasłużone dla Pieńska, które korzystały z opieki medycznej i pamiętały jeszcze wcześniejszą historię tego ośrodka.

Na pewno trzeba życzyć zdrowia.

Z Ośrodka Zdrowia korzystali również hutnicy, chociaż mieli swojego lekarza. Korzystali na przykład z laboratorium.

Podobnie pracownicy innych pieńskich zakładów. Nawet jeżeli mieli u siebie lekarza przez określoną liczbę godzin, przychodzili tutaj do gabinetu zabiegowego i po pomoc.

I oczywiście rodziny z dziećmi.

Julia Dyk: Bardzo paniom dziękuję za rozmowę. Jestem bardzo wdzięczna, że mogłam ją przeprowadzić.

Marianna Wysoczańska i Romana: My również dziękujemy. Dziękujemy bardzo.