Pieńsk od-kodowany
Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 7: Stadion
Carmen Lenik: Stadion w Pieńsku od wielu dziesięcioleci jest ważnym miejscem na sportowej mapie miasta. Jego historia sięga 1952 roku, a otwarcie nastąpiło 1 maja.
Przez kolejne lata stadion był miejscem meczów, zawodów sportowych, a co za tym idzie – spotkań mieszkańców.
Zmieniał się wraz z miastem i kolejnymi pokoleniami pieńszczan, a jego historia to także opowieść o ludziach, którzy tworzyli lokalny sport – zawodnikach, trenerach, działaczach i kibicach.
Po wielu latach funkcjonowania obiekt doczekał się gruntownej przebudowy w latach 2021–2022, a jego uroczyste otwarcie po modernizacji odbyło się 3 czerwca 2023 roku.
Nazywam się Carmen Lenik i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panem Wojciechem Szubartowskim, mieszkańcem Pieńska, który przez lata był związany z pieńskim sportem.
Najpierw jako zawodnik, trener, a później jako komentator i uczestnik wydarzeń odbywających się na stadionie oraz autor dwóch książek o Hutniku.
Wojciech Szubartowski: Dzień dobry, dziękuję za zaproszenie.
Chciałem powiedzieć, że postaram się tutaj dość obszernie na twoje pytania odpowiedzieć, oczywiście na takim poziomie, na jakim moja wiedza będzie mi pozwalała.
Carmen Lenik: Czy stadion w Pieńsku od początku znajdował się w tym samym miejscu, w którym jest dzisiaj?
Wojciech Szubartowski: Tego nie wszyscy wiedzą i nie wszyscy mogą pamiętać.
Natomiast pierwszy stadion, pierwsze boisko piłkarskie znajdowało się w Pieńsku przy obecnej ulicy Żagańskiej, za cmentarzem.
Dzisiaj niestety rośnie tam las i jedynym znakiem rozpoznawczym, że kiedyś było tam boisko, jest filar bramy wjazdowej z czerwonej cegły, który dojadąc w stronę Stojanowa można gdzieś w zaroślach zobaczyć.
Na tamtym boisku mecze były rozgrywane do 1951 roku.
Carmen Lenik: Co wiadomo panu o okolicznościach powstania stadionu? Dlaczego właśnie w tym miejscu zdecydowano się go wybudować?
Wojciech Szubartowski: Lokalizację obecnego stadionu, czyli przy ulicy Partyzantów i Szkolnej, wybrano nieprzypadkowo.
Teren był wolny od zabudowy. Poza tym bliskość centrum naszego miasteczka powodowała łatwość dostępu.
I to była główna przyczyna, że zlokalizowano stadion właśnie w tym miejscu.
Budowano go własnym sumptem, można powiedzieć. Budowało go społeczeństwo, pracownicy miejscowych zakładów pracy.
Koniec wieńczy dzieło, a więc w 1952 roku budowa tego stadionu została ukończona.
Carmen Lenik: Czy wie pan, jak wyglądał stadion w momencie otwarcia? Jakie posiadał wtedy zaplecze, boisko, trybuny i szatnie?
Wojciech Szubartowski: Na początku wszystko było, powiedzmy sobie szczerze, dość prowizoryczne.
Była wytyczona płyta boiska, zamontowane drewniane bramki. Równie prowizoryczna bieżnia okalała płytę boiska.
Na sztucznym podwyższeniu zamontowano ławki dla kibiców.
W budynku, który znajduje się na obiekcie do dziś, w jego dolnej kondygnacji wyznaczono szatnie dla zawodników.
Natomiast toaleta, jak na owe czasy, znajdowała się w komórce przylegającej do tego budynku.
Wyglądało to wszystko dość prowizorycznie, ale jednocześnie stwarzało minimum warunków do uprawiania piłki nożnej, a kibicom do oglądania tych widowisk.
Carmen Lenik: Czy zna pan historię pierwszego meczu albo pierwszego wydarzenia sportowego, które odbyło się na stadionie?
Wojciech Szubartowski: To pytanie jest bardzo ciekawe.
Prawdą jest, że otwarcie stadionu nastąpiło 1 maja 1952 roku.
Uświetnił je – na dzień dzisiejszy można powiedzieć w cudzysłowie – pochód pierwszomajowy pracowników miejscowych zakładów pracy.
Natomiast w tym samym dniu, z wiedzy, którą posiadam, odbył się mecz piłki nożnej pomiędzy drużyną ZS Unia Pieńsk, czyli Związkiem Sportowym Unia Pieńsk – bo pod taką nazwą do 1957 roku klub występował i przeciwnikiem naszej drużyny była drużyna z Węglińca.
Nazwy tej drużyny już nie przytoczę.
Carmen Lenik: Kiedy na stadionie zaczęła funkcjonować pieńska drużyna piłkarska?
Wojciech Szubartowski: Losy stadionu i drużyny piłkarskiej Hutnika Pieńsk to są dwa nieodłączne organizmy, które na stałe są do siebie przypisane.
Drużyna działała od samego początku.
Natomiast wtrącę tutaj, jeżeli mogę, że sam klub sportowy Hutnik Pieńsk powstał w roku 1946. Grupa młodych ludzi, osadników na tych ziemiach odzyskanych, postanowiła stworzyć klub sportowy.
Założycielem był żołnierz Wojska Polskiego, kapitan Józef Lang, oraz pan Eugeniusz Penarski.
Jak mówię, klub powstał w 1946 roku. Oczywiście była to drużyna piłki nożnej.
Mógłbym wymieniać wiele nazwisk zawodników z tamtego okresu, ale nie jest to w tej chwili przedmiotem naszej rozmowy.
Drużyna w 1952 roku, po wcześniejszej grze na starym boisku, przeniosła swoje rozgrywki na boisko przy ulicach Szkolnej i Partyzantów.
I mecze piłki nożnej odbywają się tam po dzień dzisiejszy.
Carmen Lenik: Jak wyglądało życie sportowe w Pieńsku w pierwszych latach istnienia stadionu?
Wojciech Szubartowski: To również bardzo ciekawe pytanie.
Owszem, piłka nożna to dyscyplina wiodącą na stadionie pieńskim, ale od lat pięćdziesiątych do późnych lat siedemdziesiątych odbywały się tam również spartakiady zakładowe, zawody lekkoatletyczne.
Do rzadkości nie należały mecze o tak zwaną beczkę piwa pomiędzy pracownikami poszczególnych zakładów pracy.
Oczywiście miało to formę stricte zabawową, a kończyło się niemal za każdym razem piknikiem rodzinnym.
Również na stadionie, poza zorganizowanymi rozgrywkami i wspomnianymi spartakiadami odbywały się również różnego rodzaju turnieje piłki nożnej.
Ja sam w latach 1988–1998, a więc przez dziesięć lat, organizowałem cykl turniejów o Puchar Prezesa Gminnej Spółdzielni dla miejscowych zakładów pracy.
Wtedy tych drużyn było około dziesięciu, bo tyle było zakładów.
Dzisiaj wiemy, jak to wygląda. Takiego turnieju nie dałoby się już po prostu zorganizować i przeprowadzić.
Jako ciekawostkę mogę podać, powiedzieć, że na stadionie znalazło się również miejsce dla cyrku objazdowego, który tam stacjonował i dawał swoje pokazy w latach osiemdziesiątych, a chyba nawet jeszcze dziewięćdziesiątych.
Carmen Lenik: Jak zmieniał się stadion na przestrzeni kolejnych dekad?
Wojciech Szubartowski: Od momentu jego wybudowania pierwsze znaczące – może nie remonty, ale kosmetyczne poprawy i podnoszenie standardu – miały miejsce w latach siedemdziesiątych.
Gdzie zamieniono drewniane bramki na metalowe.
Na dzień dzisiejszy brzmi to dość humorystycznie, ale takie były po prostu fakty.
Później, w latach 1980–1981, nastąpiło zamknięcie stadionu i jego gruntowna przebudowa. Technologią jaka była dostępna na owe czasy.
Przebudowano płytę boiska, zamontowano podziemny drenaż do odprowadzania wody, wybudowano bieżnię lekkoatletyczną.
Nie taką, jaką mamy dzisiaj – była utwardzana szlaką z miejscowych hut.
Wybudowano trybunę dla widzów z drewnianymi ławkami oraz betonowym murkiem oddzielającym widownię od bieżni i płyty boiska.
W budynku klubowym – i tutaj chyba nastąpiła najistotniejsza zmiana – zamontowano prysznice, żeby zawodnicy mogli po meczu z nich skorzystać.
Wewnątrz budynku zlokalizowano również toaletę.
To był remont lat osiemdziesiątych.
Następne remonty i poprawy stanu miały miejsce również w czasach, kiedy ja byłem trenerem.
Własnym sumptem, razem z zawodnikami i ówczesnymi działaczami, podnosiliśmy standard obiektu, malując ławki i odświeżając cały stadion.
Nie będę tutaj wdawał się w szczegóły.
Koniec końców doczekaliśmy się remontu z 2021 roku, który został podzielony na dwa etapy.
Obecnie realizowany jest etap drugi, czyli budowa boiska treningowego.
Nie muszę mówić, że moje serce się raduje, kiedy widzę ten obiekt, a mam przed oczami to, co było wcześniej.
Nareszcie mamy obiekt na miarę XXI wieku.
I w tym miejscu muszę zaapelować do wszystkich, którzy ewentualnie będą tego słuchać: dbajmy wszyscy o ten obiekt, żeby służył nam jak najdłużej.
Carmen Lenik: Czy pamięta pan jakieś ważne wydarzenie, które szczególnie zapisało się w historii stadionu?
Wojciech Szubartowski: O tak. Zdecydowanie tak.
Meczów piłki nożnej było wiele – tych, które sam rozgrywałem, ale również tych, które prowadziłem jako trener.
Szczególnie jeden zapadł mi w pamięć.
To był rok 1991.
Był to mecz rewanżowy z drużyną z Kamiennej Góry, kiedy Hutnik grał w dwumeczu barażowym o awans do klasy okręgowej.
Pierwszy mecz w Kamiennej Górze przegraliśmy 1:3.
W rewanżu, trzy dni później, na stadionie w Pieńsku, przy bardzo dużej frekwencji kibiców, pokonaliśmy przeciwnika 2:0.
Sędzia zarządził serię rzutów karnych.
W których można powiedzieć, emocje sięgnęły zenitu.
Po ostatnim gwizdku razem z drużyną mogliśmy świętować sukces w postaci awansu po dwunastu latach do klasy okręgowej, ponieważ serię rzutów karnych wygraliśmy 4:1.
Carmen Lenik: A kiedy pan po raz pierwszy pojawił się na tym stadionie? Ile miał pan wtedy lat?
Wojciech Szubartowski: To też fajne pytanie, ale sięga bardzo odległych czasów.
Z racji tego że, mój świętej pamięci ojciec był piłkarzem, był też przez jakiś czas trenerem drużyny.
Myślę, że była to co najmniej połowa lat sześćdziesiątych.
Kiedy już mogłem chodzić, zapewne chodziłem z ojcem na to boisko.
Śmiało mogę więc powiedzieć, że już ponad pięćdziesiąt lat chodzę na ten obiekt.
Tak zwyczajnie.
Carmen Lenik: Kiedy po raz pierwszy pojawił się pan na stadionie jako zawodnik? Na jakiej grał pan pozycji?
Wojciech Szubartowski: Pierwsze moje kroki w drużynie juniorów to rok 1973.
Miałem wówczas jedenaście lat.
To były moje pierwsze zajęcia treningowe.
W drużynie juniorów grałem do 1978 roku i w 1978 roku zostałem wcielony do drużyny seniorów.
Trenerem był wówczas pan Jerzy Bartkowiak.
Drużyna walczyła o pierwszy historyczny awans do klasy okręgowej.
To właśnie pod wodzą tego trenera ten awans uzyskaliśmy.
Mecz, który zapadł mi w pamięć jako jeden z pierwszych ważnych meczów w drużynie seniorów, był pierwszym spotkaniem inaugurującym rozgrywki Hutnika po raz pierwszy w historii w klasie okręgowej.
Graliśmy wówczas w Pieńsku z drużyną Olimpii Kamienna Góra.
Wynik końcowy 1:1.
Ten mecz mogę śmiało potraktować jako mój pierwszy ważny mecz w drużynie seniorskiej.
Carmen Lenik: Pod jaką nazwą grał pan w pieńskiej drużynie? Kiedy zaczynała się pana przygoda z piłką, była to już drużyna Hutnika czy wcześniej funkcjonowała pod inną nazwą?
Wojciech Szubartowski: Kiedy rozpoczynałem swoją grę, miałem przyjemność grać już pod nazwą Hutnik Pieńsk.
Natomiast wcześniej nazwy naszego klubu zmieniały się.
Pokrótce może powiem.
Lata 1946–1957 to ZS Unia, czyli Związek Sportowy Unia.
W latach 1957–1976 funkcjonował Zakładowy Klub Sportowy Hutnik Pieńsk.
Następnie od 1976 roku był to Miejski Zjednoczony Klub Sportowy.
Ostatnia zmiana nazwy nastąpiła w roku 1992.
Na walnym zebraniu członków powstał Miejsko-Gminny Klub Sportowy Hutnik Pieńsk i ta nazwa obowiązuje po dzień dzisiejszy.
Carmen Lenik: Jak wyglądały wtedy treningi i przygotowania do meczów?
Wojciech Szubartowski: Były zupełnie odmienne od tych, które są obecnie.
Wynikało to przede wszystkim z możliwości i bazy sportowej, jaka była do dyspozycji trenerów i zawodników.
Nie muszę mówić, że w owym czasie była to skromna baza sportowa.
Przypominają mi się jedynie buty piłkarskie, tak zwane „szmacianki”.
Były to korki lane, z materiałem na wierzchu, które wytrzymywały średnio dwa, trzy, czasami cztery mecze.
Później trzeba było je zmienić, bo kiedy nasiąknęły wodą, po prostu się rozlatywały.
Piłki również nie były takie jak teraz.
Nasiąkały wodą, były ciężkie.
Jak człowiek dostał taką piłką w głowę, to przez chwilę musiał dochodzić do siebie.
Na miarę tamtych czasów warunki były więc po prostu skromne.
Dziś wszystko jest na zupełnie innym poziomie i bardzo należy się z tego cieszyć.
Carmen Lenik: Kto tworzył wtedy pieński zespół? Kto był trenerem?
Wojciech Szubartowski: Trenerem był pan Jerzy Bartkowiak, ale on prowadził drużynę seniorów, pierwszą drużynę.
Ja na początku byłem w drużynie drugiej i moim trenerem był pan Tadeusz Misiak.
Natomiast później, później na przestrzeni lat trenerów, z którymi miałem przyjemność pracować, była całkiem spora grupa.
Wspomnę tylko niektóre nazwiska: pan Eugeniusz Lekki, pan Kazimierz Jagieło, Zbigniew Boziński, Wacław Englard.
Później ja sam byłem trenerem.
Jeszcze pan Jerzy Gniadzik.
Także mógłbym tutaj długo wymieniać, bo tych szkoleniowców przewinęło się naprawdę sporo. Wymieniłem nazwiska tych, którzy na trwałe zapisali się w historii naszego klubu.
Carmen Lenik: Jak wyglądał dzień meczowy? Co działo się przed rozpoczęciem spotkania?
Wojciech Szubartowski: Myślę że, nie wiele to się różniło od dnia dzisiejszego, ponieważ wiadomo, mobilizowaliśmy się nawzajem.
Ja szczerze żyłem tą piłką, żyję po dzień dzisiejszy, wówczas jako młody człowiek zawodnik to był cały rytuał.
Ja po prostu żyłem od meczu do meczu, czekałem na ten mecz. Dzień czy dwa wcześniej to było przygotowanie obuwia.
Powiedzmy gdzieś te emocje w człowieku narastały, każde wydarzenie meczowe to było w zasadzie dla mnie święto.
Trenerzy starali się nas przygotować jak najlepiej. Kibice wspomagali nas z trybun.
Zatem było to święto piłki nożnej.
Carmen Lenik: Czy na stadionie znajdowała się kasa biletowa? Gdzie dokładnie była?
Wojciech Szubartowski: Tak, kasa biletowa była przez długie lata.
Znajdowała się tuż przy wejściu na stadion od ulicy Partyzantów.
Był to mały, murowany budyneczek z okienkiem do sprzedaży biletów od strony ulicy Partyzantów.
Tam kibice nabywali bilety, później okazywali je osobie kontrolującej i wchodzili na trybuny.
Carmen Lenik: Czy były jakieś szczególne mecze derbowe albo spotkania z drużynami, na które wszyscy czekali?
Wojciech Szubartowski: Tak, takie mecze nie należały do rzadkości, głównych tutaj takim naszym lokalnym rywalem, który traktowaliśmy jako pojedynek derbowy, to były mecze z drużyną z Węglinca, tam również oni występowali pod różnymi nazwami, ale generalnie wszyscy pamiętamy nazwę Górnik Węgliniec. Te mecze naprawdę budziły spore emocje.
Trybuny zawsze się wypełniały.
Kibice przeżywali to, co działo się na boisku, głośnym dopingiem, entuzjazmem, czasami również wyrażeniem niezadowolenia.
Wiadomo, emocje powodują, że kibice reagują w różny sposób.
Carmen Lenik: Czy na mecze przychodziło dużo mieszkańców?
Wojciech Szubartowski: Tak.
Stare fotografie nie kłamią.
Na portalu Pieńsk Miasto można zobaczyć zdjęcia publikowane przez pana Mariusza Pozorskiego z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
Widać na nich naprawdę sporą grupę kibiców na widowni.
W latach dziewięćdziesiątych, kiedy byłem trenerem i drużyna grała w klasie okręgowej, widownia również sięgała trzystu–czterystu osób.
Jak na tak małe miasteczko jak Pieńsk była to całkiem przyzwoita liczba.
Carmen Lenik: Jak kibicowano? Czy były przyśpiewki, transparenty, charakterystyczne grupy kibiców?
Wojciech Szubartowski: Owszem.
Z opowiadań wiem, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych kibice wypisywali różne hasła na białych płótnach, którymi starali się wspomóc swoją drużynę.
Natomiast już z moich czasów – znowu odwołam się do lat dziewięćdziesiątych – pamiętam bardzo prężnie działający klub kibica.
Mieli różne akcesoria: trąbki, bębny, szaliki, klubowe koszulki.
Malowali twarze w barwy biało-niebieskie, czyli barwy Hutnika Pieńsk.
Jeździli też za naszymi piłkarzami na mecze wyjazdowe.
Ich doping był naprawdę bardzo słyszalny i wspomagał nasze występy na boisku.
Carmen Lenik: Czy pamięta pan jakiś szczególnie zaangażowanych kibiców?
Wojciech Szubartowski: Tak, śmiało mogę wymienić nazwiska.
To będą również nazwiska tych pierwszych kibiców, których ja poznałem.
Świętej pamięci pan Paweł Majda, pan Józef Rembas, Zdzisław Deszcz.
Pan Aziu Leszczyński, Ireneusz Wilczyński, Jerzy Wysocki.
Mógłbym długo wymieniać tych kibiców, bo było ich naprawdę sporo.
Wielu było bardzo oddanych i wiernie kibicowali Hutnikowi.
Pan Kazimierz Kazimierczak – teraz sobie jeszcze przypominam.
To są dla mnie najważniejsze nazwiska, które w tej chwili przychodzą mi do głowy.
Carmen Lenik: Jak wyglądała atmosfera po wygranym meczu, a jak po przegranym?
Wojciech Szubartowski: Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że po wygranym meczu cieszyliśmy się jak wszyscy.
Była euforia, było zadowolenie.
Natomiast przegrane mecze zwykle powodują jakąś refleksję.
Zależy, w jakich okolicznościach się je przegrywa.
Bywają mecze, w których przeciwnik jest dużo lepszy. Trzeba mu po prostu przyznać klasę – wygrał zasłużenie.
Ale bywają również takie spotkania, które przegrywa się w dramatycznych okolicznościach, czasami różnicą jednej bramki.
I takie mecze powodują rzeczywisty niedosyt.
Nie mówię o załamaniu, ale o chwilowej konsternacji. Musi trochę czasu upłynąć, żeby ona minęła.
Carmen Lenik: Grał pan w pieńskiej drużynie piłkarskiej, ale w późniejszych latach kibice mogli pana usłyszeć. W którym roku rozpoczął pan komentowanie meczów? Jak narodził się ten pomysł?
Wojciech Szubartowski: W 2012 roku po raz ostatni prowadziłem Hutnik z ławki trenerskiej.
Miałem później około roku, półtora roku przerwy, w takim sensie, że nie angażowałem się aktywnie w życie klubu.
Ale ciągnęło mnie z powrotem do piłki.
W 2014 roku, z racji tego, że drużyna rok wcześniej awansowała do klasy okręgowej pod wodzą trenera Dawida Kotelnickiego, który zastąpił mnie na stanowisku trenera, oraz ówczesnego prezesa sekcji Mariusza Englarda, postanowiłem nadać w jakimś sensie większą rangę występom Hutnika w klasie okręgowej.
Ukończyłem we Wrocławiu kurs spikera.
I od 2014 roku zaczęła się moja praca w roli spikera na stadionie w Pieńsku.
Oczywiście była to praca społeczna, zabawa, że tak powiem.
Wykonywałem ją do wiosny tego roku.
Carmen Lenik: Czy pamięta pan mecz, który szczególnie trudno było komentować ze względu na emocje?
Wojciech Szubartowski: Emocje stricte piłkarskie, po tylu latach funkcjonowania w tym klubie, nie powodują u mnie już jakiegoś dodatkowego obciążenia w postaci stresu.
Natomiast był jeden mecz, podczas którego jako spiker musiałem odczytać biografię piłkarza, który niestety zginął przedwcześnie.
I to rzeczywiście było dla mnie potężne wyzwanie i budziło duży stres.
Carmen Lenik: Czy zdarzyła się podczas komentowania jakaś zabawna lub nietypowa sytuacja?
Wojciech Szubartowski: Powiem tak.
Jako spiker zawsze staram się w jakimś sensie wpływać na widownię.
Reakcje widowni są różne, nie zawsze cenzuralne, zatem rolą spikera jest tonowanie tych nastrojów.
Proszę sobie wyobrazić, że jeden apel, drugi apel – nic nie pomogło.
Prośby o kulturalny doping nie skutkowały.
Co pomogło?
Skierowałem do kibiców fikcyjne ogłoszenie, że znaleziono kluczyki do samochodu BMW.
Podałem fikcyjny numer rejestracyjny.
I to już skupiło ich uwagę.
W jakiś sposób pomogło mi opanować sytuację.
Carmen Lenik: Kto pana zdaniem szczególnie zasłużył się dla sportu w Pieńsku?
Wojciech Szubartowski: To pytanie to temat rzeka.
Sport w Pieńsku to nie tylko piłka nożna.
Ja oczywiście sport w każdym wymiarze lubię, a piłkę nożną – mogę powiedzieć śmiało – kocham.
Ale każdy sport jest dla mnie swego rodzaju pasją.
Jeśli miałbym wymienić osoby zasłużone dla sportu w Pieńsku, to przede wszystkim wspomniani pierwsi działacze: kapitan Lang i pan Eugeniusz Penarski, którzy zakładali klub sportowy Hutnik.
Początkowo był to klub jednosekcyjny – sekcja piłki nożnej.
Na przestrzeni dziesiątek lat w Hutniku Pieńsk powstała również sekcja zapasów.
Tutaj bezwzględnie należą się wielkie słowa uznania i pamięć o panu Eugeniuszu Polakowskim.
Był dyrektorem huty szkła i utworzył sekcję zapasów.
Pan Ryszard Opasała w latach sześćdziesiątych utworzył sekcję piłki siatkowej.
Moja pamięć aż tak głęboko nie sięga, ale w strukturach klubu była też sekcja bokserska w latach pięćdziesiątych.
Była sekcja szachowa.
Była również sekcja trójboju siłowego.
Do niedawna w strukturach Hutnika Pieńsk działała także sekcja zapasów – do 1999 roku.
Tych nazwisk, jeśli chodzi o cały sport w Pieńsku, jest naprawdę bardzo dużo.
Jeżeli chodzi konkretnie o piłkę nożną, jest kilka osób, które chciałbym wymienić.
Oczywiście wspomniani wcześniej działacze, ale również osoby z pierwszych lat działalności klubu.
Pan Wawrzyniec, Mieczysław Grabowski, Jerzy Lisiak, Antoni Strzelczyk, Józef Żółtański, Dionizy Godos, Tadeusz Łobicki, Jerzy Strojny, Mariusz Englard, Mirosława Ługowska, Artur Gradecki i Gabriel Linka.
To cała plejada.
Bardzo dużo nazwisk musiałbym wymienić.
Dla nich wszystkich – tych wymienionych i niewymienionych – olbrzymi szacunek ode mnie.
Carmen Lenik: Czy sport łączył mieszkańców Pieńska? W jaki sposób?
Wojciech Szubartowski: Myślę, że zdecydowanie tak.
W pierwszych, początkowych okresach działalności klubu – to również znam z opowiadań – sport integrował społeczeństwo.
Mecz był wydarzeniem.
Wydarzeniem, które na trybuny przyciągało całe rodziny.
Siłą rzeczy ludzie się integrowali, kibicowali jednej drużynie.
Tak było w tych wczesnych latach, kiedy klub się organizował.
Ale myślę, że podobna sytuacja jest również teraz.
Ludzie idą, kibicują, tworzą jakąś wspólnotę.
I myślę, że to jest istotą tego zagadnienia.
Carmen Lenik: Gdyby miał pan zamknąć oczy i wyobrazić sobie dawny stadion, co widzi pan jako pierwsze?
Wojciech Szubartowski: Musze chyba zamknąć oczy, co widzę jako pierwsze? To będzie dziwne co powiem. Widzę krany z zimną wodą, w których to po meczach się po prostu na zewnątrz myliśmy, przy różnej temperaturze. Proszę mi wierzyć.
Takie były wówczas warunki, ale na nic nie narzekam.
Było fajnie, było sympatycznie.
Zmieniło się to na lepsze i to jest najistotniejsze.
Carmen Lenik: Jaki zapach, dźwięk albo obraz najbardziej kojarzy się panu z tym miejscem?
Wojciech Szubartowski: Dźwięk to oczywiście doping kibiców.
Euforia, zadowolenie.
To gdzieś zostaje w głowie na bardzo długo.
Carmen Lenik: Czy pamięta pan jakąś zabawną historię z szatni, treningu albo meczu?
Wojciech Szubartowski: Tak.
Jestem w stanie przytoczyć jedną historię.
Może nie z szatni, ale z meczu.
Byłem wówczas trenerem. To był początek lat dwutysięcznych.
W mojej drużynie grali zawodnicy różnych profesji.
Byli to żołnierze Wojska Polskiego, inżynier, był policjant, byli studenci ale był również zawodnik, osoba duchowna, Ksiądz Ojciec Bogdan Kluska Franciszkanin z naszej pieńskiej parafii.
W którymś momencie pojechaliśmy na mecz do Bolesławca, on jako osoba niezwykle skromna, nie uprzedził mnie o tym że będzie kręcony o nim przez stacji TVN reportaż o księdzu, który gra w piłkę. No i weszliśmy na stadion w Bolesławcu no i naglę patrzę kamera jest,dziennikarz, z teczką trenera przechodzę obok i ku mojemu zdziwieniu poproszono mnie przed kamerę. Celem udzielenia wywiadu, który to miał opowiedzieć o zawodniku, jego roli w drużynie itd.. Nie będę opowiadał o szczegółach, według opinii zawodników, którzy ustawili się w kółko i byli świadkami wypadłem całkiem przyzwoicie.
To było takie zaskoczenie.
Jedno pytanie przytoczę Pani która robiła ze mną wywiad: czy jestem w stanie jakąś anegdotę przytoczyć z powodu, pobytu księdza.
Więc na szybkiego nie byłem w stanie, ale wpadła mi do głowy taka sytuacja.
Wiadomo jak wśród dorosłych ludzi emocje powodują różnę reakcję, czasem w szatni gdzieś tam się zdarzy uniesienie głosu, może jakieś niecenzuralne słowo.
Mówię tej Pani że odkąd mamy w szatni Ojca Bogdana zdecydowanie poszło to kierunku w tym że morale drużyny wzrosły. Także to taka moja pamięć o tym wydarzeniu.
Carmen Lenik: Czego najbardziej Panu brakuje z dawnego stadionu?
Wojciech Szubartowski: Powiem tak, miał swój klimat, miał swoją dusze, ale musimy iść do przodu i poszliśmy do przodu. Mamy obiekt na miarę XXI wieku, tu bym nie rozpatrywał tego w kategoriach, czy coś z tamtego okresu można było zostawić do dnia dzisiejszego. Jak sądzę te pytanie moglibyśmy do tego sprowadzić. Nie brakuje mi nic poza klimatu jestem szczęśliwy że mamy taki obiekt na miarę XXI wieku.
Carmen Lenik: A co w obecnym stadionie Pan uważa za szczególnie dobre?
Wojciech Szubartowski: Szczerze cały obiekt jest na rewelacyjnym poziomie, cieszyć się że takie warunki są stworzone do uprawiania sportu. Kolejny etap czyli drugi przebudowy który trwa i będzie zakończony w tym roku, stworzy jeszcze lepsze warunki, do uprawiania sportu a szczególności piłki nożnej w Pieńsku, Płyta boczna oświetlona w okresie późno jesiennym, tam gdzie ciągi komunikacyjne, oświetlenie parkowe, powoduje to że możemy się tylko cieszyć i dbać przede wszytkim dbać żeby obiekt nie był dewastowany żeby jak najdłużej służył
Carmen Lenik: Dziękuję bardzo za uczestniczenie w tym wywiadzie i zapraszam do oglądania.
Wojciech Szubartowski: Ja również bardzo dziękuję mam nadzieję że moje opowiedzi będą satysfakcjonujące i ta wiedza, którą gdzieś tam mam się przyda. Dowiedzmy się czegoś więcej o obiekcie.
