Pieńsk od-kodowany
Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 10: Szkoła Podstawowa nr 1
Wprowadzenie
Zuzanna Dominikowska: Budynek obecnej Szkoły Podstawowej nr 1 w Pieńsku został wybudowany w 1904 roku i początkowo funkcjonował jako szkoła ewangelicka. Około 1910 roku został rozbudowany, a około 1930 roku wybudowano salę gimnastyczną. Podczas II wojny światowej mieścił się w nim szpital dla polskich jeńców wojennych.
Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, budynek ponownie zaczął służyć celom edukacyjnym jako siedziba polskiej szkoły podstawowej.
Nazywam się Zuzanna Dominikowska. Zapraszam do wysłuchania rozmowy o szkole, która przez lata była ważną częścią życia mieszkańców Pieńska.
Moimi rozmówcami są pani Czesława Wszoła, niegdyś uczennica tej szkoły, oraz pan Tomasz Tomaszewski, emerytowany dyrektor.
Początki pracy w szkole
Zuzanna Dominikowska: Zacznijmy od początku. Kiedy po raz pierwszy pojawił się pan w szkole i w jakich okolicznościach?
Tomasz Tomaszewski: Pracę rozpocząłem w 1970 roku, najpierw w Szkole Podstawowej nr 2. Pracowałem tam dziesięć lat, a później przeszedłem do Szkoły Podstawowej nr 1, już na stanowisko dyrektora.
Od 1980 roku pracowałem w Jedynce aż do emerytury. Początki były dosyć trudne, dlatego że był to rok 1980, a wiemy, co się wtedy działo w Polsce: strajki, później różne inne protesty.
Wszystko to odciskało piętno na mojej pracy, ale nie tylko na mojej. Dotyczyło również nauczycieli, uczniów i całego społeczeństwa.
Poza tym, kiedy zaczynałem pracę jako dyrektor, trafiła mi się jeszcze kompleksowa wizytacja kuratoryjna. Jako początkujący dyrektor miałem pewne obawy, ale okazało się, że wszystko przebiegło pomyślnie.
W tym samym czasie, a właściwie w 1981 roku, przeprowadzono kompleksową wymianę instalacji elektrycznej w całej szkole. Było to niesamowite utrudnienie. Początek nie był więc łatwy, ale jakoś udało mi się wszystko poukładać.
Podłogi były drewniane we wszystkich klasach, natomiast na korytarzach znajdowało się piękne lastryko. Drewniane podłogi smarowano czymś, co bardzo nieprzyjemnie pachniało. Nie można było na nich usiąść, bo od razu człowiek się brudził.
Robiono to chyba po to, żeby korniki nie niszczyły drewna. Pamiętam ten charakterystyczny zapach, który utrzymywał się przez wiele, wiele tygodni.
Zuzanna Dominikowska: Jak pan wspomina swój pierwszy dzień w tej szkole?
Tomasz Tomaszewski: Najbardziej utkwił mi w pamięci pierwszy dzień pracy w Jedynce. Wiadomo, młody nauczyciel, pierwszy dzień w pracy. Wydawało mi się, że zjadłem wszystkie rozumy świata.
Kiedy jednak zacząłem pracować, okazało się, że to, co teoretycznie włożono mi do głowy, zdecydowanie nie wystarcza. Musiałem od początku uczyć się wszystkiego na nowo: jak uczyć dzieci i jak z nimi postępować. Bo teoria to jedno, a praktyka to dwie różne sprawy.
Wspomnienia uczennicy
Czesława Wszoła: Podczas uroczystości zawsze odbywały się apele. Na pierwszym piętrze szkoły, na korytarzu, wszystkie klasy stawały w rzędach, po dwie osoby. Dyrektor przemawiał do uczniów.
Często trochę krytykował dzieci, że były niegrzeczne. Chłopaki dostawali po uszach, jak to się mówi. A jednak nauczycieli kochaliśmy.
Kiedy ktoś zawinił, czy dziewczynka, czy chłopiec, trzeba było wyciągnąć rękę i dostać po niej, przeważnie linijką.
Mieliśmy też jednego kolegę, który musiał położyć się na krześle. Nauczyciel trochę zsunął mu spodnie, ale nie całkiem do naga, i dostał kilka razy. Był naprawdę niedobrym chłopakiem i to się pamięta.
Do dzisiaj wspominam jednego kolegę, Mirka Rosiaka. Był wspaniałym kolegą. Kilka lat temu poszłam do niego, bo ktoś powiedział mi, gdzie mieszka. Chciałam go zobaczyć po sześćdziesięciu latach.
Chciałam podać mu rękę, więc zapukałam i weszłam. Zapytałam: „Czy mnie pan poznaje?”. A on złapał mnie za szyję i powiedział: „Cześć! A jak ciebie nie poznać?”.
To było takie wspomnienie. Nieraz, kiedy spotykaliśmy się na mieście, podchodził do mnie i ściskał mnie za szyję. Ludzie patrzyli, co on ze mną robi. A to nie było z żadnej miłości, tylko z powodu naszej znajomości, która trwała już sześćdziesiąt lat.
Pierwsza klasa wychowawcza
Tomasz Tomaszewski: Do dziś najbardziej pamiętam swoją pierwszą klasę, którą prowadziłem jako wychowawca. Doskonale pamiętam, jak niektórzy nauczyciele trochę się uśmiechali, kiedy przydzielono mi tę klasę. Okazało się, że była dosyć — żeby nie przesadzać — niesforna.
Jakoś sobie jednak radziłem i doprowadziłem uczniów do ósmej klasy. Nie będę już szeroko rozwijał tego tematu. Powiem tylko, że kiedy moje dzieciaki odchodziły ze szkoły, one płakały, a ja płakałem razem z nimi.
Z innymi klasami nie było już później tak samo. Nie wiem, dlaczego, jakoś tak wyszło. [Zapis niepewny w tym fragmencie]. Wielu uczniów z tej klasy, zdecydowana większość, ukończyło studia.
To rzadko się zdarza, żeby tak duży odsetek uczniów skończył studia. Oczywiście wielu wyjechało, ale niektórzy nadal mieszkają w Pieńsku. Czasami się spotykamy i wspominamy. Najczęściej pytają: „A pamięta pan, jak to było? A pamięta pan tamto?”.
Czasami pamiętam, a czasami nie, bo nie da się zapamiętać wszystkiego.
Jak wyglądała szkoła w tamtych latach?
Zuzanna Dominikowska: Jak wyglądała wtedy szkoła, zarówno pod względem organizacyjnym, jak i codziennego życia uczniów?
Tomasz Tomaszewski: Przede wszystkim była to duża szkoła. W tamtym czasie uczyło się w niej bardzo dużo dzieci. Trzeba było to wszystko jakoś zorganizować.
Pomieszczeń było trochę mniej niż obecnie, dlatego trzeba było pracować nawet na dwie zmiany. Było też już wtedy wielu nauczycieli.
Wszystko należało ze sobą zgrać, żeby zadowoleni byli nauczyciele, uczniowie i ich rodzice. Szkoła składa się przecież nie tylko z uczniów, ale również z rodziców.
Organizacyjnie była to tradycyjna szkoła. Nauczyciele prowadzili lekcje, koła zainteresowań i SKS. Kółka były różne: polonistyczne, techniczne, przedmiotowe. Jakoś to wszystko funkcjonowało.
Dzisiaj jest trochę inaczej. Zmieniło się spojrzenie na świat. Tamte czasy były bardziej tradycyjne, zwyczajne. Uczyło się w tradycyjny sposób.
Nie było zbyt wielu specjalnych imprez, chociaż wszystkie święta i uroczystości musiały oczywiście znaleźć się w szkolnym kalendarzu.
Zuzanna Dominikowska: Czy pamięta pan swoich pierwszych uczniów? Kogo szczególnie pan wspomina?
Tomasz Tomaszewski: Tak jak mówiłem, czasami spotykamy się na ulicy. Zawsze zaczepiają, rozmawiają, uśmiechają się. Opowiadają o sobie i pytają, czy coś pamiętam. Wtedy mówię, że czasami pamiętam, a czasami nie.
Nie da się pamiętać wszystkich sytuacji, bo było ich bardzo dużo — zarówno tych dobrych, jak i tych trudniejszych. Tych dobrych było jednak więcej.
Zuzanna Dominikowska: Czy zdarzyła się panu sytuacja z uczniami, która po latach nadal wywołuje uśmiech?
Tomasz Tomaszewski: Potrafiłem pójść z uczniami pograć w piłkę i nikt o tym nie wiedział. To była ich zasługa. Ja oczywiście słowa nie pisnąłem, ale była to ich zasługa. Tworzyliśmy zgraną paczkę. Wtedy była to jedna naprawdę zgrana klasa. Później nie było już takiej jedności, raczej poszczególne grupy uczniów.
Satysfakcja z pracy nauczyciela
Zuzanna Dominikowska: Co było dla pana największą satysfakcją w pracy nauczyciela?
Tomasz Tomaszewski: Kiedy kończył się rok szkolny, człowiek wiedział, że się spełnił. Pracował z młodzieżą — zarówno tą bardzo dobrą, jak i trudną — i na koniec pojawiały się jakieś efekty.
Oczywiście czasami ponosiłem porażki, bo nie jest tak, że zawsze się wygrywa. Ale jeśli choć jeden uczeń, jak to się mówi, wszedł na prostą i później dalej nią podążał, to miałem już wielką satysfakcję.
Tych powodów do zadowolenia można by wymieniać wiele, bo każdy dzień coś przynosił. Jeśli wracałem do domu zmęczony i mówiłem żonie, że nie mam już siły nawet z dzieckiem się pobawić, oznaczało to, że solidnie pracowałem i że przyniosło to jakiś konkretny efekt.
Zuzanna Dominikowska: A co było najtrudniejsze?
Tomasz Tomaszewski: Nie miałem wielu naprawdę trudnych sytuacji. Pamiętam jednak jednego ucznia, który miał poważne kłopoty, nawet siedział w więzieniu. Robiłem różne rzeczy, próbowałem do niego dotrzeć, ale nie było szans. Nie umiałem, nie potrafiłem.
Nie tylko ja próbowałem. Był przecież pedagog szkolny, inni również starali się pomóc, ale się nie udało. Ten uczeń był wyjątkowo odporny na nasze próby pomocy. Czasami zdarzają się tacy uczniowie.
Kadra nauczycielska i praca dyrektora
Zuzanna Dominikowska: Jak wyglądała kadra nauczycielska? Czy panowała między nauczycielami atmosfera, którą pamięta pan do dziś?
Tomasz Tomaszewski: Oczywiście, że czasami zdarzały się między nauczycielami jakieś niesnaski. Jednak kiedy rozmawiam z dawnymi nauczycielami — a przynajmniej z częścią z nich spotykamy się raz w miesiącu — wspominamy, że były to czasy, kiedy jeden drugiemu pomagał i chciał pomóc. Naprawdę było tak, że jeśli trzeba było komuś pomóc, nie trzeba było nikogo prosić ani namawiać. Zawsze znaleźli się nauczyciele, którzy chętnie pomagali.
Zuzanna Dominikowska: Kiedy został pan dyrektorem szkoły, jak wspomina pan ten moment?
Tomasz Tomaszewski: Miałem obawy, jak zostanę przyjęty. Nie przez uczniów, bo dla nich właściwie nie miało większego znaczenia, czy dyrektorem jest ta osoba, czy ktoś inny. Obawiałem się tego, jak przyjmą mnie nauczyciele.
Byłem jeszcze stosunkowo młody, chyba jednym z najmłodszych dyrektorów w tej okolicy. Do dziś pamiętam, że miałem niesamowitą tremę na pierwszym spotkaniu z nauczycielami przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Jednak nauczyciele sami starali się mi pomóc. Dużo mi pomagali, nie rzucali mi kłód pod nogi. Dzięki temu stopniowo się przyzwyczaiłem i wszystko zaczęło się układać.
Zuzanna Dominikowska: Jak wyglądała wtedy praca dyrektora? Z czym wiązała się na co dzień?
Tomasz Tomaszewski: Była to normalna, zwykła praca, właściwie podobna do tej wykonywanej dzisiaj. Trzeba było dbać o dobrą atmosferę wśród nauczycieli i o to, żeby uczniowie czuli się w szkole w miarę dobrze.
Należało przydzielać nauczycielom odpowiednią liczbę godzin. Pamiętam, że razem z panią Gonerą, moją zastępczynią, dbaliśmy o to, żeby nie przyjmować kolejnych nauczycieli, nawet jeśli pojawiały się jakieś godziny. Nie chcieliśmy później doprowadzić do sytuacji, w której zabrakłoby dla kogoś pełnego etatu. Staraliśmy się tak organizować pracę, żeby nauczyciele mieli godziny ponadwymiarowe.
Wydaje mi się, że były to normalne, podstawowe obowiązki dyrektora.
Zuzanna Dominikowska: Czy był taki moment, kiedy pomyślał pan, że sytuacja jest naprawdę trudna, ale udało się ją rozwiązać?
Tomasz Tomaszewski: Trudniejsze sytuacje zdarzały się w roku 1980 i w okresie stanu wojennego. Dyrektorzy szkół musieli co miesiąc składać w urzędzie gminy pisemne sprawozdania. Trzeba było w nich opisywać między innymi atmosferę panującą wśród nauczycieli.
Było to dla mnie trudne, bo jeśli ktoś coś powiedział, nie zamierzałem tego opisywać. Ludzie mają swoje poglądy: jeden mówi to, drugi tamto. Jak to się mówi, donosicielem nigdy nie byłem.
Te pisma, które musiałem składać, być może nadal znajdują się w archiwum. Można je przejrzeć i sprawdzić, co w nich napisałem.
Była też sytuacja, kiedy bardzo zaciekle broniłem jednej nauczycielki ze szkoły. Trochę sobie nagrabiła — czy słusznie, czy niesłusznie, nie mnie to oceniać — ale jej broniłem. Szczerze mówiąc, nie udało mi się jej wybronić. Byłem właściwie jedyną osobą, która stanęła w jej obronie, a inni byli raczej negatywnie nastawieni.
Wydarzenia, które zapisały się w pamięci
Zuzanna Dominikowska: Jakie wydarzenia szkolne najbardziej zapisały się w państwa pamięci? Akademie, jubileusze, wycieczki, zawody, przedstawienia?
Tomasz Tomaszewski: Nadanie imienia szkole w Jedynce.
Pamiętam to dokładnie, ponieważ byłem głównym dekoratorem. Przygotowywałem całą dekorację. Nie sam, oczywiście — pomagały mi inne osoby — ale byłem głównym szefem. Trwało to około miesiąca. Dzień w dzień trzeba było siedzieć i pracować.
Dekoracje przygotowywaliśmy zarówno wewnątrz szkoły, jak i na zewnątrz. Był między innymi duży, potężny orzeł. Wszystko trzeba było wykonać, a później jeszcze prowadziłem całą uroczystość.
Oczywiście odbywały się też różne apele z okazji świąt i innych uroczystości. To jednak powtarzało się co roku, więc trudno powiedzieć, żeby szczególnie utkwiło w pamięci. Nadanie imienia było czymś naprawdę znaczącym.
Czesława Wszoła: Ja należałam do chóru. Umiałam śpiewać i do dzisiaj potrafię. Byłam mniejsza, nie byłam tak rozrośnięta jak inni, a mimo to musiałam stać z tyłu.
Pamiętam, że śpiewaliśmy różne dawne piosenki. Nie były to raczej piosenki ludowe, chociaż dzisiaj nie pamiętam już dokładnie, jakie to były utwory. Śpiewaliśmy między innymi „Szła dzieweczka do laseczka”. Pan Borciuch potrafił nam przygrywać.
Do żadnego innego kółka nie należałam, bo po lekcjach trzeba było maszerować do domu. Miałam prawie cztery kilometry drogi, szłam piechotą, często głodna.
Nie zawsze był chleb w tornistrze. Czasami w domu był chleb, ale nie było czym go posmarować. Innym razem było czym posmarować, ale zabrakło chleba. Takie były czasy.
Pożar szkoły
Zuzanna Dominikowska: Czy pamięta pan jakiś szczególnie wyjątkowy dzień w historii szkoły?
Tomasz Tomaszewski: Pożar szkoły. Mam niedaleko ogródek i akurat byłem w nim, kiedy usłyszałem syrenę straży pożarnej. Pomyślałem, że straż jedzie — przecież wiele razy już jechała — więc nie zwróciłem na to większej uwagi.
Po jakimś czasie podniosłem głowę i zobaczyłem dym nad szkołą. Powiedziałem do żony: „Szkoła się pali”.
Nie zastanawiałem się długo. Byłem ubrany w strój ogrodowy, ale natychmiast pobiegłem do szkoły, tym bardziej że miałem blisko. Nie myślałem, czy będę potrzebny. Po prostu ruszyłem.
Okazało się, że byłem potrzebny. Kiedy strażacy polewali dach wodą, woda przedostawała się do sali komputerowej. Była to nowo utworzona sala, wyposażona w nowe komputery. To było coś nowego w szkole.
Trzeba było szybko wynosić komputery i przenosić je w inne miejsce. Woda kapała na głowę i plecy, ciepła i zimna, ale biegaliśmy i ratowaliśmy sprzęt. Nie tylko ja brałem w tym udział. Było wiele osób, które wynosiły komputery i inne wyposażenie. Niestety, sporo sprzętu zostało zniszczone.
Czesława Wszoła: Nie widziałam samego ognia, ale wiedziałam, że był pożar. Szkoła została pięknie odbudowana. Często jeżdżę tamtędy na cmentarz, bo pochowani są tam moi rodzice i mąż.
Kiedy przejeżdżam obok szkoły, mówię: „Cześć, moja kochana szkoło!”. Niech sobie ktoś myśli, co chce, ale ja zawsze ją pozdrawiam.
Chwała za to, że została odbudowana i nadal istnieje. To taki piękny zabytek.
Tomasz Tomaszewski: Dużo eksponatów z Izby Pamięci gdzieś przepadło. Część została zamoczona i nie nadawała się już do użytku. Przez kilka lat Izba Pamięci w ogóle nie funkcjonowała, bo nie było czego pokazywać ani co w niej umieścić.
Z czasem ludzie zaczęli przekazywać kolejne pamiątki i eksponaty. Stopniowo udało się ponownie utworzyć Izbę Pamięci.
Osoby, które przyjeżdżały tu po wojnie, pochodziły w większości z Kresów Wschodnich albo z południowej Polski, między innymi z okolic Rzeszowa, blisko granicy, a także ze Lwowa. Przywozili ze sobą to, co udało im się zachować. Te przedmioty trafiały później do Izby Pamięci.
Historia budynku szkoły
Zuzanna Dominikowska: Porozmawiajmy teraz o samym budynku szkoły. Co może pan powiedzieć o jego historii? Jak remontowano salę gimnastyczną?
Tomasz Tomaszewski: Pamiętam to jak dzisiaj. Na korytarzu prowadzącym do sali gimnastycznej, który istnieje do dziś, były poprzybijane na krzyż deski, żeby nie można było tamtędy przejść.
Na samym początku sali gimnastycznej nie było. Nie pamiętam, w której byłem wtedy klasie, ale chyba w czwartej, piątej albo szóstej, kiedy zaczęto ją remontować.
Poza tym budynek praktycznie wyglądał tak jak wcześniej. Nie zmienił się znacząco. Po pożarze trochę przebudowano drugie piętro. Wcześniej były tam skosy, które później wyrównano. Był też strych, z którego zrobiono pomieszczenia. Pamiętam, że zaraz po pożarze znajdował się tam pokój nauczycielski.
Budynek jest z tej samej cegły, z której został wybudowany przed wojną. Jego kształt praktycznie się nie zmienił.
Zuzanna Dominikowska: Które elementy budynku lub konkretne miejsca i pomieszczenia są według pana najważniejsze z punktu widzenia historii?
Tomasz Tomaszewski: Trudno powiedzieć, która część jest najważniejsza. Chyba cały przedwojenny budynek, ze względu na to, że mieścił się w nim szpital. Przebywali tam jeńcy wojenni — polscy, ale z tego, co wiem, również Francuzi. Nie wiem, czy na pewno tak było, ale ktoś kiedyś o tym napisał w historii jeńców i widocznie czerpał skądś informacje.
Trudno wskazać konkretną część. Chyba cały ten fragment budynku, który pełnił funkcję szpitala. W czasie wojny nie było tam lekcji, tylko właśnie szpital.
Izba Pamięci
Zuzanna Dominikowska: W budynku znajduje się Izba Pamięci. Kto i dlaczego ją stworzył?
Tomasz Tomaszewski: Izba Pamięci powstała jeszcze przed nadaniem szkole imienia. Ponieważ w czasie wojny znajdował się tutaj szpital, pani Doszko, która uczyła historii, zaproponowała chyba utworzenie takiego miejsca, żeby zachować różne pamiątki.
Chodziło o to, żeby nie tylko uczniowie, ale również całe społeczeństwo Pieńska mogło dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.
Zaczęto zbierać różne przedmioty i pamiątki. Okazało się, że było ich całkiem dużo. W Pieńsku mieszkało wielu żołnierzy, którzy przechodzili przez te okolice, forsowali Nysę Łużycką, a później zostali tutaj i się osiedlili.
Mieli różne pamiątki, między innymi medale. Większość takich przedmiotów pochodziła właśnie od nich. Z tego, co pamiętam, również ludzie z innych części kraju, kiedy dowiedzieli się, że powstaje Izba Pamięci, przysyłali swoje legitymacje i inne rzeczy, które mogły się w niej przydać.
Po pożarze Izba była przez jakiś czas nieczynna. Później ją reaktywowano. Opiekowała się nią pani Fongorowska, również nauczycielka historii. Zajmowała się pozyskiwaniem kolejnych pamiątek i eksponatów.
Pamiętam też Zygmunta Pilcha, który mieszkał w Pieńsku. Już nie żyje. Był harcmistrzem i przekazał dużo swoich pamiętników z czasów okupacji, wojny i partyzantki. Pamiętam również, że oddał swój mundur wojskowy. Był stary, jeśli chodzi o wiek, ale wyglądał jak nowy.
Pamięć o szpitalu i jeńcach wojennych
Zuzanna Dominikowska: Gdyby ściany tego budynku mogły opowiadać, o jakich wydarzeniach mówiłyby najwięcej?
Tomasz Tomaszewski: Przede wszystkim mogłyby krzyczeć, a nie tylko mówić, o ludziach, którzy zmarli tutaj z odniesionych ran. O jeńcach wojennych, którzy leżą na naszym cmentarzu. To chyba najważniejsze.
Wiedziałem, że był tu szpital, że leżeli tutaj ludzie, cierpieli i umierali.
Za każdym razem, kiedy schodziłem wieczorem z pracy, było już ciemno. Musiałem schodzić po ciemku, bo kiedy gasiłem światło, nic nie widziałem. Znałem jednak schody jak własną kieszeń, więc nie było problemu.
Wtedy przychodziły mi do głowy myśli, że ci ludzie tutaj byli, tutaj leżeli. Zastanawiałem się, jak się zachowywali i o czym myśleli. Takie różne myśli przychodziły mi do głowy.
Czesława Wszoła: My, jako uczniowie, bardzo kochaliśmy i szanowaliśmy swoich nauczycieli. Nikt nie powiedział o nich złego słowa, nawet jeśli dostał po ręce.
Pamiętam, że kiedyś cała klasa dostała po ręce, bo jeden nabroił. Nie mieliśmy pretensji.
Nauczyciele najczęściej uderzali linijką, czasami zdarzało się, że któryś chłopak dostał sznurem. Nie krytykowaliśmy nauczycielek za to, jak były ubrane. My wszystkie chodziłyśmy w fartuszkach, a panie nauczycielki ubierały się po swojemu.
Bardzo szanowaliśmy i kochaliśmy nauczycieli. Mieliśmy do nich szacunek dlatego, że byli naszymi nauczycielami.
Wspomnienie z pierwszych dni pracy
Zuzanna Dominikowska: Spędził pan w tej szkole wiele lat swojego życia. Gdyby mógł pan zamknąć drzwi szkoły i zabrać ze sobą tylko jedno wspomnienie, co by pan zabrał?
Tomasz Tomaszewski: Swoje pierwsze dni pracy.
Nie powiem, z jakiej przyczyny, ale spóźniłem się na rozpoczęcie roku szkolnego. To była moja pierwsza praca i spóźniłem się.
Pamiętam, że dyrektorem był Witek. Przyszedłem później, kiedy było już po wszystkim. Pomyślałem sobie: „No to jutro, następnego dnia, dyrektor mi da”.
Następnego dnia wezwał mnie do siebie. Znał mnie, ponieważ uczył mnie w ogólniaku. Przez jakiś czas zastępował tam nauczyciela biologii, a ja miałem z nim biologię. Znał mnie również z podstawówki.
Powiedział: „No, Tomek, ładnie się popisałeś”, i zaczął się śmiać. Myślałem, że mnie zruga i tak dalej. Było mi strasznie głupio.
Wydaje mi się, że byłem czerwony, zielony, niebieski — nie wiem, jaki miałem kolor twarzy. Było mi naprawdę wstyd. Ale on zaczął się śmiać i obrócił wszystko w żart. Nie powiedziałem mu, dlaczego się spóźniłem.
Zresztą nie dopytywał. Dopiero przy jakiejś okazji, chyba dwa albo trzy lata później, siedzieliśmy i rozmawialiśmy, a on sam mnie zagadnął: „No to teraz mi powiedz, jak to było?”.
[W tym miejscu kończy się zapis. Końcowa część nagrania nie została ujęta w transkrypcji.]
