Pieńsk od-kodowany
Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 11: Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”
Antoni Winnicki: Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” w Pieńsku powstała 1 czerwca 1946 roku. W pierwszych latach po wojnie, w okresie odbudowy miasta, swoją działalnością obejmowała początkowo Pieńsk oraz okoliczne miejscowości. Z czasem rozwijała sieć sklepów, magazynów, punktów usługowych i zakładów produkcyjnych.
W 1951 roku do Gminnej Spółdzielni przyłączono Spółdzielnię Spożywców „Hutnik”, co przyczyniło się do jej dalszego rozwoju w kolejnych dekadach.
Spółdzielnia stała się ważnym elementem życia gospodarczego Pieńska, zapewniając mieszkańcom dostęp do handlu i usług oraz dając zatrudnienie wielu osobom. Dziś Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” nadal działa, kontynuując tradycje rozpoczęte 80 lat temu.
Nazywam się Antoni Winnicki i zapraszam do rozmowy z Antonim Strzelczykiem, wieloletnim prezesem Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Pieńsku, który od ponad sześciu dekad uczestniczy w jej działalności i przemianach.
Antoni Winnicki: Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z Gminną Spółdzielnią „Samopomoc Chłopska”?
Antoni Strzelczyk: W sposób oczywisty, bo Gminna Spółdzielnia zajmowała się zaopatrzeniem i handlem. Mieszkałem w Dłużynie, a zatem już jako dziecko korzystałem z jej usług. Była tam też „Syrenka”, bar prowadzony kiedyś przez Gminną Spółdzielnię. Kiedy podrastałem, czasami tam zaglądałem.
Na co dzień, idąc do szkoły czy wracając z niej, kupowałem bułeczki i inne potrzebne młodemu człowiekowi rzeczy.
Antoni Winnicki: W jakich okolicznościach rozpoczął Pan pracę w Gminnej Spółdzielni?
Antoni Strzelczyk: Trudno tu mówić o jakichś ideologiach czy społecznych przemyśleniach. Po prostu młody człowiek, dziewiętnaście lat, skończył szkołę średnią i szukał pracy blisko domu.
Wiadomo, że z dojazdami było wtedy różnie. Człowiek nie miał samochodu ani motocykla, więc musiał szukać czegoś w pobliżu. Trafiłem na zapotrzebowanie Gminnej Spółdzielni i tam się zatrudniłem.
Pamiętam pierwsze dni pracy w biurowcu przy ulicy Dąbrowskiego. Na drugim piętrze siedziałem z panią Krysią Kasprzyk. Do dziś jeszcze ją spotykam na ulicach Pieńska, chodzi z laseczką. Była troszeczkę starsza ode mnie i pełniła funkcję pełnomocnika do spraw usług.
Był tam też starszy pan, Stanisław Jasiński z Węglińca. To były moje pierwsze wrażenia i pierwsze spotkania z Gminną Spółdzielnią.
Był to 16 lipca 1966 roku. Zwracam uwagę, że minęło już ponad 60 lat od chwili, kiedy zostałem tam zatrudniony. Jestem o 20 lat młodszy od Gminnej Spółdzielni, która 1 czerwca, jak z pewnością zauważyli Państwo, obchodziła 80-lecie działalności na rzecz mieszkańców Miasta i Gminy Pieńsk.
Antoni Winnicki: Jak wyglądał Pana pierwszy dzień pracy? Jakie były Pana pierwsze obowiązki?
Antoni Strzelczyk: Przygotowywano mnie do zajmowania się sprawami przeciwpożarowymi i BHP. Nie trwało to jednak długo, bo po kilku miesiącach wylądowałem na parterze, w dziale obrotu rolnego.
Zająłem się tam obsługą rolnictwa i naszych wsi. Organizowałem zaopatrzenie, dostawy środków do produkcji rolnej oraz usługi, między innymi transportowe, czyli wszystko to, czego rolnicy od nas oczekiwali.
Mieliśmy przecież ogromną bazę handlową dla rolnictwa i bazę skupu. W tamtym czasie działały one między innymi w Sławnikowicach i w Pieńsku.
Antoni Winnicki: Jak wyglądała organizacja pracy? Kto za co odpowiadał?
Antoni Strzelczyk: Spółdzielnią zarządzał zarząd składający się z trzech osób: prezesa, wiceprezesa do spraw obrotu rolnego oraz wiceprezesa do spraw handlu i zaopatrzenia.
Poziom wyżej znajdowała się rada nadzorcza, w której zasiadało wówczas 25 członków spółdzielni.
Warto dodać, że spółdzielnia została założona i później funkcjonowała dzięki członkostwu kilkuset mieszkańców miasta i gminy Pieńsk. Miało to istotne znaczenie dla jej struktury.
Ponad radą nadzorczą znajdowało się walne zgromadzenie członków, wybieranych podczas zebrań członkowskich w każdej wsi, w każdym sołectwie, a także w Pieńsku. Trudno mi dziś dokładnie powiedzieć, ile osób liczyło walne zgromadzenie, ale mogło to być kilkadziesiąt osób, być może 80, a nawet 100, wybieranych spośród kilkuset członków.
Podział obowiązków wyglądał następująco: wiceprezes do spraw handlu, zaopatrzenia i gastronomii odpowiadał za całą sieć handlową, zaopatrzenie poszczególnych sklepów na wsi i w mieście, a także za zakłady gastronomiczne.
Mieliśmy wówczas, nie wiem, czy wszyscy to pamiętają, bar w miejscu, gdzie dzisiaj stoi blok mieszkalny, a wcześniej znajdowało się przedszkole przy ulicy Bolesławieckiej. Przed przejazdem była restauracja „Hutnik”, była „Syrenka”, był też bar „Turysta” w Strzelnie. Gastronomia była więc mocno rozwinięta.
Wiceprezes do spraw obrotu rolnego zajmował się przede wszystkim obsługą wsi i rolnictwa. Chodziło zarówno o skup wszystkiego, co rolnicy wyprodukowali, jak i o zaopatrywanie ich w środki do produkcji rolnej. Do tego dochodziły usługi transportowe, na przykład rozsiewanie wapna czy dowożenie towarów do punktów skupu.
Skupowaliśmy zboże, ziemniaki i żywiec. Mieliśmy też obowiązek organizowania tak zwanych trzytonówek. Jeśli rolnik zgłaszał potrzebę przewiezienia trzech ton zboża, musieliśmy zorganizować transport i jak najszybciej go zapewnić.
Żeby nie pominąć jeszcze jednej ważnej sprawy: w strukturze spółdzielni działał pełnomocnik do spraw usług, którym była między innymi pani Krysia, z którą siedziałem na początku pracy.
Mieliśmy wiele zakładów usługowych. Nie wiem, czy dziś ktoś jeszcze o tym pamięta, ale działały usługi budowlane, malarskie, murarskie i elektryczne. Była repasacja pończoch, naprawy sprzętu RTV i wiele innych drobnych usług. Było tego naprawdę sporo.
Pełnomocnik do spraw usług stanowił niejako trzeci pion, wspierający wiceprezesa do spraw handlu w jego działalności.
Antoni Winnicki: Jak liczna była załoga, kiedy rozpoczął Pan pracę?
Antoni Strzelczyk: Trudno mi dziś powiedzieć dokładnie, co do jednej osoby, ale to był rząd około 250 osób, może trochę więcej lub mniej. Obejmowaliśmy przecież wiele miejscowości wiejskich i samo miasto.
Kiedyś nawet pisałem o tym, że huty były matką żywicielką Pieńska, natomiast Gminna Spółdzielnia była taką arterią, obiegiem krwi w organizmie. Wszelkie zaopatrzenie, usługi, gastronomia i obsługa rolnictwa — tym wszystkim zajmowała się Gminna Spółdzielnia.
Właściwie gdzie człowiek się nie rozejrzał, wszędzie widział jej reklamy, wywieszki i napisy informujące, że dany obiekt należy do spółdzielni. Wystarczyło wejść, zrobić zakupy albo skorzystać z usług.
Antoni Winnicki: Co było najtrudniejsze w prowadzeniu i zarządzaniu Gminną Spółdzielnią?
Antoni Strzelczyk: To zależy od okresu. Z pewnością trudne było zabezpieczenie potrzeb mieszkańców, biorąc pod uwagę odpowiedzialność, jaką ponosiliśmy w ramach całej naszej struktury i działalności.
Był czas, który być może nie wszyscy dziś pamiętają, kiedy występowały problemy z tak zwanym rozdzielnictwem. Dotyczyło to artykułów pierwszej potrzeby, żywności, ale także odzieży i wielu innych produktów. Towary były rozdzielane na poziomie województwa.
Trzeba było mocno zabiegać o to, żeby zaspokoić potrzeby mieszkańców. Podejmowaliśmy różne działania, stosowaliśmy różne sposoby, żeby zdobyć potrzebny towar.
Byliśmy gotowi i przygotowani, ale półki, jak Państwo pamiętają, bywały puste albo niepełne. Trzeba było robić wszystko, żeby zabezpieczyć potrzeby mieszkańców. Myślę, że to był jeden z najtrudniejszych momentów w naszej działalności.
Antoni Winnicki: Co wiadomo Panu o początkach Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Pieńsku, które sięgają 1946 roku?
Antoni Strzelczyk: Już na wstępie mój imiennik, redaktor, wspomniał, że spółdzielnia powstała 1 stycznia 1946 roku. Powołano ją wtedy do życia.
Inicjatorami byli osadnicy wojskowi, kombatanci, a także repatrianci zza Buga. Wiemy przecież, że były to Ziemie Odzyskane. Ludność przybywała tutaj w procesie repatriacji, osiedlali się również rolnicy.
Z kolei w związku z rozwojem przemysłu szklarskiego do Pieńska przyjeżdżali ludzie z całej Polski, którzy podejmowali pracę i zagospodarowywali huty szkła. Właśnie dlatego powstała także spółdzielnia „Hutnik”, do której prawdopodobnie jeszcze wrócimy.
Natomiast Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” powstała z inicjatywy osadników wojskowych, wśród których było wielu rolników, a także mieszkańców wsi oczekujących usług ze strony spółdzielni. Myślę, że w ten sposób można to podsumować.
Antoni Winnicki: Czy wiadomo Panu, jak wyglądała działalność Gminnej Spółdzielni w pierwszych latach po wojnie?
Antoni Strzelczyk: Jeśli chodzi o działalność, to przede wszystkim skup, handel i zaopatrzenie. Samochody i traktory jeździły nawet do Zgorzelca po towar, więc nie było to takie łatwe.
Ważne było również wsparcie, jakie otrzymywaliśmy w strukturach spółdzielczości. Centralnie otrzymywaliśmy środki, które pozwalały nam organizować transport i sprowadzać zaopatrzenie.
Hurtownie należały również do naszego pionu „Samopomocy Chłopskiej”. Hurtownie w Zgorzelcu organizowały dostawy i pomagały zabezpieczać bazę towarową — zarówno dla rolników, jak i dla mieszkańców.
Oczywiście korzystaliśmy z tego. Nie byliśmy wówczas tak zmotoryzowani jak w późniejszych latach. Pamiętam jeszcze pana, jako mały chłopiec, chyba pana Maltazara, z dużym białym pieskiem, który furmanką rozwoził towar po wioskach. Takie to były czasy.
Antoni Winnicki: Jak Pan myśli, jakie znaczenie dla mieszkańców miasta miało przyłączenie w 1951 roku do pieńskiego GS-u Spółdzielni Spożywców „Hutnik”?
Antoni Strzelczyk: Myślę, że zasadnicze. Jedna i druga spółdzielnia służyła mieszkańcom. Z jednej strony element konkurencyjności dawał pewien impuls do walki o jakość usług, z drugiej zaś strony istniało ryzyko wzajemnego osłabiania się.
Był to czas, kiedy nasze usługi handlowe miały duże znaczenie. Połączyliśmy siły i wspólnie, już jako Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”, wchłaniając Spółdzielnię Spożywców „Hutnik”, mogliśmy łatwiej zaopatrywać mieszkańców miasta.
„Hutnik” bazował przede wszystkim na zaopatrzeniu miasta, więc połączenie ułatwiało organizację handlu i dostaw.
Dodam, że w 1957 roku, na podobnej zasadzie, na mocy decyzji Sądu Powiatowego w Jeleniej Górze, przyłączono również Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska” w Dłużynie Dolnej.
Był to z kolei element rolniczy, związany z obsługą wsi. Siły zostały skonsolidowane na większym obszarze. Dzięki temu byliśmy liczniejsi i mocniejsi, co ułatwiało działalność i poprawiało poziom zaopatrzenia rolników, a przy okazji również mieszkańców miasta.
Antoni Winnicki: Jak rozwijała się Gminna Spółdzielnia w latach 50., 60. i 70.?
Antoni Strzelczyk: Może należałoby tutaj powiedzieć coś o strukturze terenowej. Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” obejmowała Pieńsk, Stojanów, Bielawę, Bielawę Dolną, Żarkę nad Nysą i Lasów.
W międzyczasie obsługiwaliśmy również rejon okolicznych wsi: Przesieczany, Gronów i Sławnikowice. W Sławnikowicach, o czym już wspominałem, mieliśmy dużą bazę obrotu rolnego. Organizowano tam skup żywca i płodów rolnych, takich jak ziemniaki i zboże. Znajdował się tam także magazyn z nawozami. Po reorganizacji administracyjnej w połowie lat 70. do nas należały Żarska Wieś i Przesieczany, natomiast Sławnikowice i Gronów przeszły do rejonu gminy Zgorzelec — chyba wtedy była to gmina Jerzmanki.
Do nas przyłączono natomiast z rejonu Czerwonej Wody Dłużynę Górną, Bielawę Górną i Strzelno, o ile nikogo nie pomyliłem.
Ostatecznie Gminna Spółdzielnia obejmowała dziewięć sołectw i Pieńsk.
Antoni Winnicki: Jakie były najważniejsze miejsca i placówki należące do Gminnej Spółdzielni w okresie jej największego rozwoju?
Antoni Strzelczyk: Największy okres rozwoju przypadał na czas prezesowania pana Zbigniewa Skluckiego, świętej pamięci.
Chciałbym o nim wspomnieć również dlatego, że zginął w wypadku, kiedy jechaliśmy razem na radę do Polanicy. Wracaliśmy z Polanicy, gdy pijany oficer policji uderzył w nasz samochód. Pan Zbigniew Sklucki zginął, a ja zostałem inwalidą. Do dziś mam z tego tytułu uprawnienia rentowe. Chciałbym w ten sposób oddać hołd panu Zbigniewowi Skluckiemu.
To właśnie był okres największego rozwoju Gminnej Spółdzielni.
Mieliśmy wtedy rozlewnię piwa i wytwórnię wód gazowanych, dwie piekarnie, ciastkarnie, a nawet lodziarnię. Jeśli ktoś pamięta, znajdowała się ona w miejscu obok kwiaciarni, niemal na rogu ulic Bolesławieckiej i Łużyckiej.
Mieliśmy też rozbudowaną gastronomię, o której już wspominałem, oraz sieć sklepów. Konkurencję stanowiły dla nas dwa sklepy PSS „Społem” i dwa prywatne kioski warzywne.
Poza tym byliśmy w pewnym sensie monopolistami, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Mieliśmy wiodącą rolę i, mam wrażenie, dobrze ją spełnialiśmy. Staraliśmy się działać najlepiej, jak to było możliwe.
W 1966 roku oddano do użytku Spółdzielczy Dom Handlowy, w którym dzisiaj znajdują się między innymi Spar i przychodnia. Dzięki temu mieszkańcy mieli łatwiejszy dostęp do lekarza i przychodni, nie musieli jechać na drugi koniec miasta.
Antoni Winnicki: Gdzie znajdowały się najważniejsze obiekty należące do Gminnej Spółdzielni w Pieńsku? Co mieściło się w poszczególnych budynkach?
Antoni Strzelczyk: Zacznijmy od biurowca przy ulicy Dąbrowskiego. Była to piękna willa. Obok znajdowały się magazyn, warsztat, garaże i magazyn meblowy. Był również sklep meblowy.
Zapomniałem jeszcze o pralni — przecież mieliśmy także takie usługi.
W centrum tego wszystkiego znajdowała się piękna, wspaniała willa, w której mieścił się nasz biurowiec.
Mieliśmy ogromną bazę, jak na warunki takiego miasteczka. Był skład towarów masowych, w którym sprzedawaliśmy nawozy, środki ochrony roślin i pasze. Prowadziliśmy też skup bydła, ziemniaków, żywca i innych produktów rolnych. Następnie odwoziliśmy je do punktów skupu centralnego lub rejonowego.
Dom handlowy był kolejnym istotnym obiektem. Wszyscy go chyba pamiętają i do dziś korzystamy z jego usług.
Były też piekarnie — przy ulicy 8 Dywizji i przy obecnej ulicy Hutniczej. To chyba najważniejsze obiekty.
Na wsi działały restauracja i bar „Turysta”, restauracja w Strzelnie, a okresowo również sklep i bar. W Dłużynie Dolnej była „Syrenka”.
W każdej wsi znajdował się sklep, a także klub rolnika. Zajmowaliśmy się tam również działalnością kulturalną. Dom Kultury w Pieńsku nas w tym wspierał, ale to my organizowaliśmy zaopatrzenie i obsługę klubów oraz zatrudnialiśmy osoby, które się nimi zajmowały.
Antoni Winnicki: Przy ulicy Dąbrowskiego znajduje się willa oraz dawny budynek produkcyjny z około 1910 roku, obecnie należący do Gminnej Spółdzielni. Co może Pan powiedzieć o tych budynkach i ich historii?
Antoni Strzelczyk: Zacznę od końca: ten obiekt nie należy już do Gminnej Spółdzielni. W wyniku wielu problemów własnościowych i finansowych musieliśmy go zbyć. Sprzedano go kilka lat temu.
Jeśli chodzi o historię z okresu naszej działalności, to już mniej więcej o niej mówiłem. Niewiele wiem natomiast o tym, jak budynek funkcjonował w okresie międzywojennym i czy po wojnie od razu należał do Gminnej Spółdzielni.
Obok znajduje się magazyn PZZ, w którym dziś chyba ktoś produkuje meble. Obiekt został wykupiony, kiedy PZZ zaczęły ograniczać swoją działalność. Przekazano go wówczas dalej, a my mieliśmy tam magazyn zbożowy, nawozowy i częściowo paszowy. Wspierał on naszą bazę składu towarów masowych.
Antoni Winnicki: Czy może Pan opowiedzieć, jak wyglądała codzienna praca w tych miejscach?
Antoni Strzelczyk: Jako prezes odwiedzałem każde z tych miejsc.
Jeśli chodzi o masarnię, to działalność zaczynała się od uboju. Była to konieczność, ale przede wszystkim produkowaliśmy wspaniałe wędliny i wyroby wędliniarskie. Przy obecnej ulicy Hutniczej znajdował się sklep mięsny, drugi był w miejscu, gdzie dziś jest kwiaciarnia, przy ulicy Bolesławieckiej.
Nasze wyroby cieszyły się fantastyczną renomą.
Piekarnie z kolei kojarzyły się ze wspaniałymi zapachami. Można było już w drodze poczuć, jak dobrze zapowiada się pieczywo, zanim jeszcze trafiło na półki sklepowe.
W restauracji „Hutnik” odbywały się dancingi. Nie muszę chyba o tym mówić, bo wielu dzisiejszych dziadków, a może i rodziców, korzystało z tej rozrywkowej propozycji. Wiedzą, jak pięknie i wspaniale tam było. Przyjeżdżali również ludzie ze Zgorzelca i całego powiatu.
W sklepach trzeba było przede wszystkim zadbać o zaopatrzenie. Towar przywożono na zaplecze, a następnie wykładano na półki. Sprzedawcy podawali go klientom.
Dopiero później wprowadziliśmy samoobsługę. Do tego tematu możemy jeszcze wrócić, bo zmiany były widoczne między innymi w supermarkecie Spar, a następnie w Mini Sparze, po Delikatesach.
Antoni Winnicki: Gdyby miał Pan dzisiaj oprowadzić nas po dawnych obiektach Gminnej Spółdzielni, od którego miejsca rozpocząłby Pan taką wycieczkę?
Antoni Strzelczyk: Żeby oddać satysfakcję wszystkim tym, którzy zakładali spółdzielnię, poszedłbym na obecną bazę, gdzie znajduje się skład towarów masowych.
Korzystało z niego całe rolnictwo naszej gminy. Rolnicy mieli zapewnione usługi związane z zaopatrzeniem i skupem.
Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” ma w nazwie słowo „chłopska”, więc pierwszą rzeczą była obsługa rolnictwa. Ale ponieważ powstała w Pieńsku i połączyła się ze „Hutnikiem”, ważne było również zaopatrywanie mieszkańców w artykuły pierwszej potrzeby.
Myślę, że te dwa obszary działalności najlepiej pokazują, czym zajmowała się spółdzielnia.
Antoni Winnicki: Jaką rolę Gminna Spółdzielnia odgrywała w codziennym życiu mieszkańców Pieńska?
Antoni Strzelczyk: Myślę, że odgrywała bardzo istotną rolę. Mieszkańcy pracowali i żyli tutaj, ale musieli też zaopatrywać się w środki pierwszej potrzeby.
Wychodząc z domu, spotykali sklep należący do GS-u, stoisko GS-owskie albo punkt świadczący usługi spółdzielni. To wszystko służyło mieszkańcom. Myślę, że w najprostszy sposób można tak określić, na czym polegała nasza rola.
Antoni Winnicki: Czy pamięta Pan kolejki, braki towarów lub produkty, na które mieszkańcy szczególnie czekali?
Antoni Strzelczyk: Był okres, kiedy naszym zaopatrzeniem i tym, co trafiało na półki, rządziły centralne i regionalne systemy rozdzielnictwa. To był przykry czas, również dla nas, handlowców.
Nie otrzymywaliśmy wszystkiego, co moglibyśmy uzyskać w normalnym obrocie towarowym. Z drugiej strony było to przykre dla mieszkańców, bo mieli prawo oczekiwać dostępności towarów, a my niestety nie mogliśmy im tego zabezpieczyć.
Produkty z naszego własnego przetwórstwa, takie jak pieczywo i wyroby z ciastkarni, staraliśmy się dostarczać zgodnie z potrzebami. Trudno sobie wyobrazić, żeby zabrakło chleba. Mogły natomiast występować problemy z dostawami mięsa, ponieważ podlegało ono ścisłemu rozdzielnictwu. Mam jednak wrażenie, że u nas nie było szczególnie dotkliwych braków w tym zakresie.
Problemy dotyczyły również alkoholu, na który także obowiązywało rozdzielnictwo. Wprowadzano kartki nie tylko na mięso i wędliny, lecz także na alkohol i wiele innych produktów.
W sklepach towarów było mało — na półkach bywał ocet i niewiele więcej. Na niektóre artykuły trzeba było się zapisywać. Dotyczyło to na przykład telewizorów, pralek i innych produktów. Były kolejki i kartkowe zaopatrzenie. Starsze osoby zapewne to pamiętają, młodsi znają te czasy głównie z opowiadań.
Antoni Winnicki: Jakie sklepy lub punkty Gminnej Spółdzielni były najbardziej popularne?
Antoni Strzelczyk: Bardzo popularne były Delikatesy, sklep żelazny i sklepy spożywcze. Jeśli chodzi o produkcję, na czołowych miejscach były piekarnie, wytwórnia i masarnia.
Nasze zakłady wyróżniały się nie tylko w rejonie miasta i gminy, ale także w całym powiecie.
Antoni Winnicki: Czy Gminna Spółdzielnia była tylko miejscem pracy i handlu, czy również miejscem spotkań mieszkańców?
Antoni Strzelczyk: Jeśli chodzi o spotkania, to przede wszystkim odbywały się one w zakładach gastronomicznych. Organizowaliśmy tam rozrywkę na miarę oczekiwań mieszkańców i, jak sądzę, spełnialiśmy swoją rolę. Wspominałem już wcześniej, że na wsi prowadziliśmy kluby rolnika. Zabiegaliśmy również o to, żeby spełniały one oczekiwania mieszkańców nie tylko pod względem szerzenia kultury, tutaj żeśmy bardziej bazowali na współpracy z domem kultury i ich instruktorami.
Też dodatkowe zaopatrzenie, kawiarenki, spotkania towarzyskie, pamiętam jeszcze jako młodzieniec grałem w szachy.
Sporo młodzieży przychodziło, starsze osoby na siedzenie przy kawie, plotkowanie, poza tym ewentualnie zebrania członkowskie, na które mógł przyjść każdy i o swoich problemach i oczekiwaniach opowiedzieć.
Korzystaliśmy z tych podpowiedzi z pożytkiem jak dla siebie jak i dla mieszkańców.
Antoni Winnicki: Czy pamięta pan jakieś szczególe historię, związane z klientami i pracownikami?
Antoni Strzelczyk: Jedna taka fantastyczna, starsi może pamiętają taki dowcip krążył.
W delikatesach sprzedawało małżeństwo, małżonkowie.
Przychodzi klient a to był okres z tego rozdzielnictwa
Pyta: Są cytryny? Są. A gdzie? W Afryce.
To był taki dowcip gdzie rzeczywiście, nikt tego nie wymyślił. Jak to mówią humor w krótkich majteczkach albo spodniach sprzedawcy.
Antoni Winnicki: W marcu 1990 roku, został pan prezesem zarządu Gminy i Spółdzielni, jak wyglądała wtedy spółdzielnia?
Antoni Strzelczyk: To był okres transformacji ustrojowej, gospodarczej, kończył się okres rozdzielnictwa mój poprzednik pan Zbigniew Skulski, odszedł na emeryturę. Ja będąc prezesem do spraw obrotu rolnego, uzyskałem wielkie wsparcie i wybór przez radę nadzorczą na prezesa.
Moim zadaniem było znaleźć się w tym trudnym okresie tej transformacji.
Ta transformacji na nas wiązała się z ogromnymi problemami, wkraczaliśmy w epokę wolnego rynku, tworzyło się masę sklepów prywatnych, zakłady prywatne gastronomiczne nawet prywatne piekarenki.
W wakacje podatkowe im państwo oferowało, a do tego mieli jeszcze dostęp do tak zwanej szarej strefy.
Ci prywatnie raz mieli nieewidencjonowane zatrudnienie i uzyskiwali na tym, drugie, nie mieli zagrożenia, nawet jeśli było ich stać, wynagrodzenia bardzo wysoko. Natomiast to ograniczono do tego stopnia że nie mogliśmy być konkurencyjni, w tym względzie bo jeśli prasownik oczekiwał rekąpesaty, właściwą za swoją pracę, niestety ten wymóg tego popiwku nam to ograniczał, więc dziękował nam, jak odchodził do prywatnego i tam mu było łatwiej walczyć o stosowne wynagrodzenie.
Trzeba było zamykać, niektóre obiekty, kluczowe było ograniczać zatrudnienie i to powodowało że zaczął się problem i ja z tym problemem zaczynając od 1990 roku, musiałem się borykać.
Myślę że dużym sukcesem nam to wychodziło bo w momencie z tą transformacją było w kraju 2,5tyś Spółdzielni, przez ten okres lat 90, około 1300 zostały zlikwidowane, zbankrutowały, bądź wyprzedane jako organizacje spółdzielcze.
Pozostało tylko poniżej 50% z czego były np. było w jeleniogórskim na 28 Spółdzielni było 10 czy 12.
My trwaliśmy, trwamy do dzisiaj, w znacznie ograniczonym stopniu, ale mimo wszystko funkcjonujemy.
Antoni Winnicki: Co było najważniejszą decyzją, którą musiał Pan podjąć jako prezes?
Antoni Strzelczyk: Najważniejszą decyzją myślę że 10 lat po tym jak zostałem prezesem, to kiedy zdecydowałem się nawiązać współpracę z organizacją sieciową również handlową Spar Polska, Spar to była Holenderska firma, taka ogromna handlowa, na całym świecie funkcjonująca i jej odział Spar Polska, organizował sieć handlową i myśmy w to weszli i okazuje się że to był strzał w dziesiątkę.
Pierwsze lata funkcjonowania naszego super marketu Spar, to był sam sukces i oznaka wielkiego powodzenia gminnej spółdzielni.
Muszę dodać że przy fantastycznym udziale naszej załogi, z kierowniczą Panią Alicją Olejniczak, po śmierci, której nadałem nazwę, żeby uczcić jej zaangażowanie.
Nasz Spar ma w nazwie Alicja żeby uczcić właśnie załogę i jej szefową.
26 lat minęło w tym roku, kiedy żeśmy uruchomili Spar Alicja. Przez pierwsze 10/12 lat, rok w rok organizowaliśmy ogromny festyn Dzień Handlowca. Wystawialiśmy w formie nagrody dla naszych najlepszych klientów taki system lojalnościowy, każdy klient, który zapisał się jako nasz stały klient, miał punktację od zakupionych artykułów.
Raz w roku organizowaliśmy taki festyn, dla uczczenia tego zaangażowania kilkuset klientów, gdzie każdy otrzymywał jakąś nagrodę.
Antoni Winnicki: Jednym z ważnych miejsc był Spółdzielczy Dom Handlowy, gdzie się mieścił i jak go pan wspomina?
Antoni Strzelczyk: 1966 rok rozpoczęcia, jak na owe czasy to było cudo. Mieliśmy na górze przemysłówkę, typu: odzieżówkę, obuwniczego, pasmanteryjnego, na dole przy wejściu chemia, kosmetyki, telewizory i inne artykuły gospodarstwa domowego.
Jak na owe czasy to był sukces ogromny, jak dla mieszkańców tak i dla nas jako spółdzielni. Mogliśmy poszerzać front działania jak również korzystać ze środków na modernizację pozostałych placówek.
Antoni Winnicki: Jak mieszkańcy Pieńska przyjęli pierwszy supermarket?
Antoni Strzelczyk: Mam taki artykuł gdzie opisano, myślę, że ponad wszelkie oczekiwania, bardzo, bardzo pozytywnie.
Pierwsza taka oferta handlu na poziomie europejskim, światowym wręcz, nie tylko w Pieńsku, bo i w okolicach.
W Zgorzelcu Real chyba funkcjonował. W takich miejscowościach jak Pieńsk nie było nikogo z placówką jak nasz supermarket. Samoobsługa, programy lojalnościowe, fantastyczna załoga, można w samych najlepszych słowach wspominać okres wejścia, uruchomienia i kilku lat funkcjonowania.
Antoni Winnicki: W 2005 roku uruchomiono Spar Ekspres, dlaczego zdecydowano się na ten krok?
Antoni Strzelczyk: Dlatego, że pierwsze lata funkcjonowania supermarketu Spar Alicja, pokazały że ta formuła sprzedaży, ta współpraca Spar Polska, tego pierwszego formatu, bardzo udanego, mogła przynieść sukces. Nie tylko nam – organizatorom handlu, ale również mieszkańcom. Spełniała ich oczekiwania co do formuły jak i poziomu zaopatrzenia.
Antoni Winnicki: Jak wygląda Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” w Pieńsku dzisiaj?
Antoni Strzelczyk: Niestety, nie mamy się czym chwalić z zakresu funkcjonowania Gminnej Spółdzielni, pozostał tylko nasz market Spar Alicja. Piętro – gdzie funkcjonuje biuro, w Gminnej Spółdzielni, jak też kilka innych obiektów. Dobrze, że chociaż ten, który zapewnia siłownia i myślę, że również wiele funkcji rozrywkowych, duża powierzchnia, myślę, że spełnia oczekiwania.
Antoni Winnicki: Jaki obraz związany z Gminną Spółdzielnią jako pierwszy przychodzi panu do głowy?
Antoni Strzelczyk: Jest to obraz tych pierwszych lat mojej pracy, gdzie spełnialiśmy wszystkie oczekiwania, gdzie byliśmy na każdym froncie oczekiwań mieszkańca wsi, Pieńska – taką spółdzielnię mam w pamięci, taką spółdzielnię chciałbym. Niestety teraz mogę już tylko opowiadać i trzymać w pamięci, określać coś, co spełniło oczekiwania.
Fantastyczne czasy – pracownicy służyli oczekiwaniom, mieszkańcom. Można było nie wyjeżdżać z Pieńska, żeby w cokolwiek się zaopatrzyć, zabezpieczyć sobie własne oczekiwania.
To ten czas takiego średniego okresu funkcjonowania, przed rozdzielnictwem oraz potem w latach dwutysięcznych zaczęły sieci handlowe to rozrywać.
Antoni Winnicki: Jakie wydarzenie z ponad 30-stu lat pracy, na stanowisku zapamięta pan najbardziej?
Antoni Strzelczyk: Potrafiłem przedłużyć czas rozwoju wtórnego, po dwutysięcznym roku – z tego jestem bardzo zadowolony. Myślę, że to było doceniane przez mieszkańców, pracowników, organizacje ponadgminne.
Zyskaliśmy wiele nagród, wiele dyplomów, zajęliśmy trzecie miejsce w konkursie na gazetę handlową.
Jestem emerytem w tej chwili, ale jeśli mam coś wspominać, jako osobistą satysfakcję, to właśnie ten okres po dwutysięcznym roku.
Antoni Winnicki: Czego najbardziej Panu żal z dawnej spółdzielni?
Antoni Strzelczyk: Tego okresu, kiedy byliśmy wszystkim dla mieszkańców wsi, Pieńska.
Kiedyś mogliśmy oferować wszystko, czego oczekiwali odnośnie usług handlu, przetwórstwa spożywczego, obsługi rolników, zaopatrzenia.
To jest to, co bym chciał żeby wróciło, ale niestety, przynajmniej miejcie to w pamięciach. Młodzi, którzy to słuchacie, żebyście to mieli i pamiętali. Wasi ojcowie, mamy, dziadkowie, babcie to wszystko organizowali, to wszystko realizowali przez ten okres 80 lat.
Antoni Winnicki: Gdybyśmy mogli razem się cofnąć do rozwoju gminy i spółdzielni i wysiąść przed jednym z budynków, co byśmy zobaczyli i usłyszeli?
Antoni Strzelczyk: Trudne pytanie, w tej chwili odpowiedź sama się nasuwa: Spar Alicja, z rozwojem przeze mnie spowodowanym. Na pewno biurowiec na Dąbrowskiego, skład towaru masowych, piekarnia, wytwórnia wód gazowanych, masarnia.
Nie zapomnijmy o sieci naszych sklepów. Trudno tu wymieniać. Każdy ze sklepów miał coś do zrealizowania i to zrealizował.
Antoni Winnicki: Dziękujemy za rozmowę.
Antoni Strzelczyk: Ja również bardzo serdecznie dziękuję i pamiętajcie o tym, że 80 lat minęło – 1 czerwca, funkcjonowania naszej Gminnej Spółdzielni.
Po 80 latach jeszcze istniejemy i życzcie nam dobrze. Sam sobie życzę, żeby się znalazł ktoś, kto w sposób łagodny chciałby przejąć naszą działalność marketu Spar Alicja razem z pracownikami i wykorzystaniem ich umiejętności, doświadczenia. Dziękuję, że chcieliście posłuchać o 80-leciu spółdzielni.
