Pieńsk od-kodowany
Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 12: Huta „Nysa”
Antoni Winnicki: Huta Szkła „Nysa”, znana później jako „Lucyna”, to jedno z najważniejszych miejsc na przemysłowej mapie Pieńska. Jej historia sięga XIX wieku, kiedy niewielka, rolnicza miejscowość zaczęła przeobrażać się w jeden z największych ośrodków hutnictwa szkła na Łużycach.
Huta „Nysa” powstała w 1886 roku i przez wiele lat była ważnym zakładem miasta. Po II wojnie światowej wznowiła produkcję, dając pracę wielu mieszkańcom. W 2007 roku zakończyła działalność, a jej zabudowania do dziś przypominają o szklarskiej historii Pieńska.
Nazywam się Antoni Winnicki i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panem Feliksem Mackiewiczem, emerytowanym hutnikiem z Pieńska, który pracował w tym zakładzie.
Rozpoczęcie pracy w Hucie Szkła „Nysa”
Antoni Winnicki: Kiedy i jak trafił Pan do Huty Szkła „Nysa”?
Feliks Mackiewicz: Do Huty „Nysa” trafiłem w 1961 roku jako uczeń hutniczy. Przez trzy miesiące uczyłem się zawodu. Na początku uczyłem się robić bańki szklane. Następnie, po zdaniu egzaminu, awansowałem na stanowisko bańkarza.
Po trzech latach awansowałem na opalowego. Polegało to na nabieraniu na bańkę szkła mąconego, tak zwanego opalu.
Po kilku kolejnych latach, po ukończeniu szkoły, awansowałem na majstra. Później nie pracowałem już bezpośrednio jako hutnik, tylko w dozorze. Zostałem hutmistrzem.
Pracowałem również w innych zakładach. „Nysa” była głównym zakładem w Pieńsku, któremu podlegały jeszcze „Znicz A”, gdzie produkowano szkło oświetleniowe, oraz „Łużyce” i „Znicz B”, gdzie wytwarzano szklane weki do konserwowania ogórków i innych produktów z ogródków.
Kolejnym etapem mojej pracy było objęcie stanowiska szefa produkcji w „Nysie”, kiedy właścicielem był pan Nowakowski. Następnie wyjechałem do Ponieca, gdzie również pracowałem jako kierownik zmianowy.
Pewnego razu przyjechał z Rosji człowiek, który chciał zobaczyć, jak wygląda produkcja w Polsce. Chciał się przyjrzeć temu, jak pracujemy. Oprowadzałem go po zakładzie, a on zaproponował mi, żebym przyjechał do niego i pomógł mu wprowadzić produkcję szkła oświetleniowego, ponieważ tam produkowano kryształy.
Do Rosji wyjeżdżałem trzy razy, za każdym razem na trzy miesiące. Trzeba było uzyskać wizę, żeby wyjechać na taki kontrakt.
Po powrocie do Pieńska poszedłem do „Łużyc”, gdzie pracowałem jako kierownik zmianowy. Później, już po przejściu na emeryturę, nadal zajmowałem się sprawami pracowników.
Antoni Winnicki: Czym dokładnie się Pan zajmował?
Feliks Mackiewicz: Jako hutnik miałem za zadanie szkolić swojego pomocnika, żeby wiedział, jak przygotować szkło do produkcji i do form.
Pracowałem na różnych stanowiskach. Na początku byłem hutnikiem, a później przeszedłem do dozoru. Pracowałem jako hutmistrz, następnie na stanowisku, którego nazwa w zapisie jest niepewna, aż w końcu zostałem kierownikiem i szefem produkcji.
Przeszedłem przez te wszystkie stanowiska, dlatego bardzo dobrze znam tę pracę.
Pierwsze wrażenia z zakładu
Antoni Winnicki: Co najbardziej zwróciło Pana uwagę, gdy pierwszy raz wszedł Pan na teren zakładu?
Feliks Mackiewicz: Zwróciła moją uwagę ogromna liczba ludzi pracujących w zakładzie. Było bardzo dużo warsztatów hutniczych i wielu pracowników. Przy formach pracowały kobiety, natomiast hutnicy pracowali na warsztatach.
Zwróciło moją uwagę również to, że szkło produkowano w różnych kolorach. Działała malarnia, w której malowano klosze. Bardzo dużo ozdobnych kloszy przeznaczano na eksport.
W czasie, kiedy przyszedłem do pracy, byliśmy jednym z największych eksporterów w Pieńsku, a być może również w całej Polsce. Zakładów było dużo, a produkcja była ogromna.
Później, po zmianie ustroju, zaczęły się problemy i zakłady zaczęły się zmieniać. „Znicz” odszedł, a pojawił się „Polam”, działający w innej branży. Planowano tam wprowadzić topienie szkła za pomocą energii elektrycznej, żeby nie trzeba było produkować gazu czadnicowego, którym opalano wanny szklarskie.
Gaz czadnicowy był bardzo szkodliwy. Powstawał w procesie wykorzystującym węgiel kamienny lub brunatny i parę wodną. Wytwarzano w ten sposób tlenek węgla, czyli palny gaz, który stanowił podstawowe źródło ogrzewania wanien.
Dlatego w „Polamie” chciano zrezygnować z tego rozwiązania i próbowano topić szkło elektrycznie. Postępy były już dość duże. Planowano też budowę kolejnego zakładu „Polamu”, nieco za Pieńskiem. Miała się tam odbywać produkcja z wykorzystaniem ogrzewania elektrycznego.
Wszystko jednak upadło po zmianie ustroju i władz. Nie było jeszcze gazu ziemnego, więc próbowano stosować propan-butan z dużych butli. Wanny opalano właśnie tym gazem.
Później doprowadzono gaz ziemny do Pieńska i ponownie zaczęto zmieniać sposób opalania. Gaz ziemny ma wyższą wartość opałową, dzięki czemu można szybciej osiągnąć wyższą temperaturę.
Budynek huty i sala wystawowa
Antoni Winnicki: Jak wyglądał budynek huty, gdy rozpoczął Pan tam pracę?
Feliks Mackiewicz: Budynek był okazały, a biura były bardzo duże. Znajdowała się tam sala wystawowa, w której prezentowano wszystkie rodzaje kloszy wyprodukowanych i pomalowanych w zakładzie.
Były tam propozycje przeznaczone na eksport i do produkcji. Przyjeżdżający klienci mogli obejrzeć wyroby, zdecydować, co chcą kupić i jakie wzory ich interesują.
Później jednak zmienił się ustrój i wszystko zaczęło podupadać. Zlikwidowano malarnie, a huty zaczęły bankrutować.
Problemów ze sprzedażą wcześniej zazwyczaj nie było, ponieważ produkcja była duża i mieliśmy wiele zamówień eksportowych. Więcej towaru szło na eksport niż na rynek krajowy.
Dla pracowników i poszczególnych warsztatów przewidziano tak zwaną premię eksportową. Jeżeli dany warsztat wykonał dużo produkcji eksportowej, pracownicy otrzymywali miesięczną premię za realizację eksportu.
Największy nacisk kładziono właśnie na eksport. Później jednak wszystko się załamało w związku ze zmianami ustrojowymi. Eksport upadł i cały zakład zaczął podupadać.
Huta była kiedyś bardzo potężna. Jej budynek nadal stoi i jest naprawdę okazały, choć obecnie jest nieużytkiem. Wygląda niemal jak pałac. Można go obejrzeć, ale nie wiem, czy nadal znajduje się tam wystawa kloszy. Chyba już niczego tam nie ma i nie wiem, do czego obecnie służy ten budynek.
Rozmieszczenie hal, pieców, magazynów i biur
Antoni Winnicki: Jak rozmieszczone były hale, piece, magazyny i biura?
Feliks Mackiewicz: Piece znajdowały się w „Nysie”. Były tam trzy piece opalane gazem czadnicowym, wytwarzanym w generatorach. Produkcja odbywała się w nich z wykorzystaniem donic szklarskich.
Topienie szkła rozpoczynało się wieczorem i odbywało również w nocy, natomiast produkcja na tych piecach odbywała się na zmianie porannej.
W każdym piecu było dwanaście donic. W każdej z nich można było produkować szkło w innym kolorze. Takich pieców były trzy.
Oprócz nich znajdowała się tam jedna wanna do szkła bezbarwnego. Produkowano w niej jasne szkło, które następnie trafiało do malarni.
Biura mieściły się w budynku biurowym. Znajdowały się tam rachuba, księgowość, dział eksportu, BHP, związki zawodowe i wszystkie inne działy potrzebne do funkcjonowania zakładu.
Budynek był duży, miał piękne, przestronne i wysokie sale. Naprawdę robił wrażenie.
Antoni Winnicki: Które budynki były najważniejsze i do czego służyły?
Feliks Mackiewicz: W hutnictwie najważniejsze są budynki produkcyjne, bo bez nich nie byłoby produkcji szkła. To właśnie w tych budynkach znajdowały się wanny szklarskie i odbywała się produkcja.
Biurowiec był jeden. Mieściła się w nim dyrekcja i wszystkie działy związane z funkcjonowaniem zakładu.
Teraz już tego nie ma, a szkoda. Takich kloszy nie można dziś nawet nigdzie kupić, bo wszystko zanikło. Bardzo żałuję, że to tak się potoczyło i że zakład upadł.
Był to największy ośrodek tego rodzaju w okolicy. Pracowali tu ludzie z całego regionu, a nasze wyroby wysyłano na cały świat: do Anglii, Afryki i wielu innych miejsc.
Wygląd hal produkcyjnych i warunki pracy
Antoni Winnicki: Jak wyglądały hale produkcyjne?
Feliks Mackiewicz: Hale były przystosowane do produkcji. Starano się tak je urządzić, żeby praca była jak najwygodniejsza i żeby ulżyć hutnikom.
Zainstalowano wyciągi oraz wentylatory chłodzące. Przy produkcji kloszy z masy szklanej panuje wysoka temperatura. Kiedy było bardzo gorąco, hutnicy musieli czasami schodzić z warsztatu, żeby się ochłodzić.
Początkowo pracowali przez osiem godzin. Później zaczęli domagać się sześciogodzinnego dnia pracy. Po prywatyzacji ponownie wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy.
Uważam to za niesłuszne, ponieważ sześć godzin w hutnictwie to wystarczająco dużo. Jest to bardzo ciężka praca.
Szatnie, stołówka i pomieszczenia socjalne
Antoni Winnicki: Jak wyglądały szatnie, stołówka i pomieszczenia socjalne?
Feliks Mackiewicz: W szatniach znajdowały się szafki. Każdy pracownik miał swoją, zostawiał w niej ubranie prywatne i zakładał odzież roboczą.
Obok była stołówka ze stołami, przy których hutnicy podczas przerw spożywali posiłki. Jedni jedli śniadania, inni kolacje, zależnie od tego, na której zmianie pracowali.
Znajdowała się tam również łaźnia. Po pracy pracownicy mogli się wykąpać, następnie szli do szatni, przebierali się i wracali do domu.
Atmosfera w zakładzie i relacje między pracownikami
Antoni Winnicki: Co najbardziej zapadło Panu w pamięć z wnętrza huty?
Feliks Mackiewicz: Najbardziej zapamiętałem to, że było bardzo wesoło. Pracowało dużo ludzi, którzy byli ze sobą zżyci. Nie było kłótni, było dużo śmiechu i żartów.
Dzisiaj ludzie są bardziej zachłanni, gonią za pieniędzmi i nie są już tak gościnni jak kiedyś. Wtedy hutnicy potrafili się między sobą gościć. Teraz trudno sobie wyobrazić, żeby coś takiego się działo.
Ludzie są bardziej odizolowani. Każdy chce być najlepszy i najbogatszy. Jest dużo zachłanności.
Kiedyś było gorzej pod względem materialnym, żyło się biedniej, ale było lepiej pod względem relacji między ludźmi.
Rola huty w życiu Pieńska
Antoni Winnicki: Jaką rolę huta odgrywała w życiu Pieńska?
Feliks Mackiewicz: Huta była najważniejszym miejscem pracy w Pieńsku. Odgrywała ogromną rolę w życiu miasta. We wszystkich imprezach uczestniczyli pracownicy huty.
Zakład miał własny ośrodek wczasowy nad morzem, w Pobierowie. Pracownicy jeździli tam na wczasy.
Z zakładu pracy przydzielano również mieszkania. Później rozpatrywano, komu przyznać konkretne mieszkanie. Jeżeli ktoś miał większą rodzinę, otrzymywał mieszkanie odpowiednie do swoich potrzeb.
Wielu hutników właśnie w ten sposób zmieniło warunki mieszkaniowe.
Powstała także spółdzielnia mieszkaniowa, która zaczęła budować bloki w Pieńsku. Wybudowano ich całkiem sporo.
Dzisiaj najczęściej każdy buduje dom na własną rękę i za własne pieniądze. Powstają pojedyncze budynki, podczas gdy kiedyś budowano całe zespoły budynków, w których mieszkała duża część mieszkańców Pieńska.
Przemiany po 1989 roku
Antoni Winnicki: Jak wspomina Pan okres przemian po 1989 roku w odniesieniu do Huty „Nysa”?
Feliks Mackiewicz: W 1989 roku wszystko było już sprywatyzowane. Zmieniły się zasady funkcjonowania zakładów i pojawili się nowi właściciele.
Związków zawodowych już nie było. Właściciel patrzył przede wszystkim na to, żeby utrzymać zakład. Pojawiły się trudności i nie było już pomocy znikąd.
Antoni Winnicki: Czy budynek był rozbudowywany? Kiedy przeprowadzono największe remonty?
Feliks Mackiewicz: W zakładach pracy w Pieńsku zazwyczaj nie modernizowano budynków. Pozostawały takie, jakie były. Wprowadzano jedynie drobne poprawki, ale nic więcej.
Okolice huty po zakończeniu pracy
Antoni Winnicki: Jak wyglądały okolice huty po zakończeniu dniówki?
Feliks Mackiewicz: Na początku, kiedy przyszedłem do pracy, w hucie panował gwar. Było dużo ludzi.
O godzinie 15.00, czyli o trzeciej, kończyła pracę większość działów, między innymi malarnia i biura. Wtedy bardzo dużo ludzi wychodziło z zakładu i rozjeżdżało się do swoich domów.
Kiedyś ludzie częściej mówili po prostu „trzecia”. Mieli zegarki i patrzyli na godzinę: „Już trzecia, trzecia!”. Dzisiaj każdy ma telefon i sprawdza, czy jest 15.00.
Tak to wyglądało. Po zakończeniu pracy zakład opuszczały całe grupy pracowników.
Znaczenie pracy w hucie dla mieszkańców
Antoni Winnicki: Co oznaczała praca w hucie dla mieszkańców?
Feliks Mackiewicz: Przede wszystkim oznaczała, że człowiek miał z czego żyć.
Na początku zarobki hutników były dość wysokie, a przynajmniej wyższe niż w innych branżach. Z czasem różnice płacowe zaczęły się jednak zmniejszać.
Ludzie zaczęli szukać lżejszej pracy. Hutnictwo zaczęło upadać również z powodu wynagrodzeń. Każdy chciał znaleźć miejsce, w którym można było zarobić podobne pieniądze, ale pracować lżej.
Dźwięki i zapachy huty
Antoni Winnicki: Jakie dźwięki towarzyszyły pracy każdego dnia i jakie zapachy pamięta Pan do dziś?
Feliks Mackiewicz: W hucie nie było przyjemnych zapachów. Przy produkcji kloszy hutnik musiał przygotować szkło i uformować je w odpowiedniej formie.
Żeby szkło nie przyklejało się do żeliwnej formy, trzeba było ją tak zwanym sposobem mąkować, czyli posypywać mąką, nawet zwykłą mąką zbożową. Nakładało się ją na ścianki formy. Ponieważ forma była gorąca, mąka się paliła i tworzyła powłokę, dzięki której szkło nie przyklejało się do formy.
Zapach tych spalin nie był przyjemny. Dlatego przy każdej formie znajdowały się odciągi, które wyprowadzały spaliny na zewnątrz hali.
W hucie było też cały czas głośno. Używano sprężonego powietrza, którym wydmuchiwano spaliny z form. Pracowały wentylatory i różnego rodzaju urządzenia wykorzystywane w produkcji.
Cicho tam nie było.
Najważniejsze wydarzenia w historii huty
Antoni Winnicki: Jakie wydarzenie było kluczowe dla Huty „Nysa”?
Feliks Mackiewicz: Zmiany ustrojowe zmieniły wszystko. Zaczęły się strajki i doprowadziło to do całego rozpadu zakładu.
W każdym razie nic dobrego dla huty z tego nie wynikło.
Proces produkcji szkła
Antoni Winnicki: Jak wyglądał proces produkcji od początku do końca?
Feliks Mackiewicz: Na początku trzeba było przygotować masę szklaną do produkcji. Musiała mieć odpowiednią konsystencję, żeby można ją było nabierać na piszczele, czyli rurki, za pomocą których hutnik nabierał szkło.
Do produkcji wykorzystywano trzy podstawowe składniki. Pierwszym był piasek SJ2, czyli krzemionka. To czysty, bardzo drobnoziarnisty piasek, podobny do tego, który można znaleźć nad morzem.
Musiał zawierać bardzo mało zanieczyszczeń, szczególnie żelaza. Jeżeli piasek miał za dużo żelaza, szkło nabierało zielonkawego odcienia. Trzeba było więc pilnować jego jakości. Istniały specjalne kopalnie, które dostarczały piasek do hut szkła.
Kolejnym składnikiem była mączka sodowa. Dodawano też inne surowce, które pozwalały obniżyć temperaturę topienia.
Z samego piasku szklarskiego można wytopić tak zwane szkło kwarcowe, ale wymaga ono bardzo wysokiej temperatury, około 1750 stopni Celsjusza. Dlatego do produkcji stosowano dodatkowe składniki, które pozwalały uzyskać szkło o odpowiednich właściwościach.
Po wytopieniu masy szklanej rozpoczynała się produkcja kloszy.
Wyroby produkowane w hucie
Antoni Winnicki: Jakie wyroby powstawały podczas Pana pracy?
Feliks Mackiewicz: Produkcja zależała od zamówień. W sali wystawowej prezentowano wszystkie rodzaje kloszy, które można było zamówić. Klienci oglądali wzory i decydowali, które chcą kupić.
Wymyślano też nowe wzory, żeby pokazać klientom, jakie klosze możemy wyprodukować.
Najwięcej było kloszy tańszych, wykonanych ze szkła bezbarwnego oraz szkła mąconego, czyli białego, opalowego.
Klosze ozdobne, malowane na różne kolory, przeznaczano przeważnie na eksport. Były droższe, nawet o 20 procent lub więcej w porównaniu ze zwykłymi kloszami.
Antoni Winnicki: Czy były jakieś szczególne, trudne lub prestiżowe wyroby?
Feliks Mackiewicz: Trudne były klosze wielkogabarytowe, czyli takie o bardzo dużej średnicy.
Musiały być specjalnie odprężane w odprężarkach tunelowych lub komorowych. Po wyprodukowaniu pozostawały w nich przez 12, 18 albo 24 godziny. Nie wyjmowano ich od razu. Dopiero następnego dnia można było je wyjąć i poddać dalszej obróbce.
Obecnie również produkuje się duże klosze, ale stosuje się przy tym urządzenie zwane obcinarko-zatapiarką. Odcina ono część klosza, która pozostaje przy piszczeli. W tym miejscu szkło jest najgrubsze, co może powodować naprężenia podczas odprężania.
Dlatego najpierw odcina się tę część i zatapia krawędź, a dopiero później klosz trafia do odprężarki.
Ważne jest równomierne ochładzanie szkła — zarówno jego zewnętrznej, jak i wewnętrznej ścianki. Nie może być tak, że zewnętrzna powierzchnia już wystygła, a środek pozostaje jeszcze ciepły.
Każdy materiał zmienia swoją objętość pod wpływem temperatury. Kiedy zewnętrzna warstwa szkła stygnie szybciej niż środek, powstają naprężenia, przez które klosze mogą pękać.
Obcinarko-zatapiarki pomagają ograniczyć ten problem przy produkcji kloszy wielkogabarytowych.
Transport szkła wewnątrz zakładu
Antoni Winnicki: Jak transportowano szkło wewnątrz budynku?
Feliks Mackiewicz: Używano specjalnych wózków. Klosze układano na nich, przekładając je papierem, żeby nie ocierały się o siebie i nie tłukły.
Były to wózki czterokołowe. W zależności od wielkości kloszy można było przewieźć około 50 sztuk, choć liczba zależała od tego, ile wyrobów mieściło się na danym wózku.
Następnie przewożono je do miejsc, w których odbywała się dalsza obróbka.
Antoni Winnicki: Czy pamięta Pan moment, kiedy gotowy wyrób opuszczał halę?
Feliks Mackiewicz: Oczywiście. Wszystko zależało od przeznaczenia klosza i od tego, czy po wyjściu z hali nadawał się już do zapakowania.
Niektóre klosze obcinano przy warsztacie za pomocą obcinarko-zatapiarki, żeby usunąć niepotrzebną część pozostałą po piszczeli. Po tej obróbce można je było zapakować i przygotować do wysyłki.
Przy końcu odprężarki pracowały panie, które pakowały klosze do kartonów lub papieru, zależnie od tego, w jaki sposób zamówiono dany towar.
Warunki pracy przy piecach
Antoni Winnicki: Jak wyglądały warunki pracy przy piecach?
Feliks Mackiewicz: Warunki pracy przy piecach są bardzo trudne. Jest tam gorąco.
Żeby nieco obniżyć temperaturę, ustawiano wentylatory. Wiadomo jednak, że kiedy człowiek się poci, pot chroni organizm przed przegrzaniem. Trzeba więc dużo pić, żeby uzupełniać płyny i utrzymywać odpowiednie chłodzenie organizmu.
Wentylatory są z jednej strony dobre, a z drugiej nie zawsze przyjemne, ale kiedy jest gorąco, trudno bez nich wytrzymać.
Każdy hutnik musiał mieć dużo wody przy swoim stanowisku pracy. Gdyby nie było odpowiedniej ilości wody do picia, nie dałoby się tam przepracować całej zmiany.
Po pracy hutnik wracał do domu bardzo odwodniony i musiał uzupełniać płyny.
Niebezpieczeństwa związane z pracą w hucie
Antoni Winnicki: Czy zdarzały się sytuacje niebezpieczne?
Feliks Mackiewicz: Praca w hucie zawsze jest niebezpieczna, bo mamy do czynienia z wysokimi temperaturami.
W wannach, w których topi się masę szklaną, temperatura wynosi około 1450 stopni Celsjusza. W kolejnej wannie, w której szkło jest przygotowywane do produkcji, wynosi około 1200 stopni.
Klosze po uformowaniu i wyjęciu z formy nie są już plastyczne, ale nadal mają temperaturę około 500 stopni. Jeśli człowiek przez nieuwagę dotknie takiego wyrobu, może się poparzyć.
Zdarzały się również sytuacje, kiedy klosz pękał i przecinał komuś rękę. Wtedy trzeba było wzywać pogotowie, jechać do szpitala i zakładać szwy.
Trzeba było bardzo uważać na wzrok, ponieważ odpryski szkła mogły go uszkodzić.
Jest to bardzo niebezpieczna praca, dlatego należy zachować ostrożność. W hutnictwie nie może pracować ktoś, kto przychodzi prosto z ulicy i od razu staje przy stanowisku hutnika. Najpierw musi poznać pracę i przejść szkolenie BHP. To obowiązek — trzeba wiedzieć, jakie zagrożenia występują na poszczególnych stanowiskach, żeby nie zrobić sobie krzywdy.
Liczba pracowników na zmianie i praca rodzin
Antoni Winnicki: Ilu ludzi pracowało na jednej zmianie?
Feliks Mackiewicz: Początkowo było pięć zespołów po pięć osób, czyli 25 hutników. Do tego dochodziło pięć pań, po dwie na zespół, czyli łącznie dziesięć kobiet. Tyle osób pracowało na jednej zmianie przy piecu.
Antoni Winnicki: Czy w hucie pracowały całe rodziny?
Feliks Mackiewicz: Zdarzało się, że pracowali mąż i żona. Najwięcej mężczyzn pracowało jednak bezpośrednio przy produkcji hutniczej. Kobiety również pracowały w hucie, w zależności od stanowiska.
Restauracja „Hutnik”
Antoni Winnicki: W hucie działała restauracja „Hutnik”. Czy była dostępna dla wszystkich, czy przede wszystkim dla pracowników?
Feliks Mackiewicz: Początkowo było to miejsce przeznaczone przede wszystkim dla pracowników zakładu. Była tam stołówka, w której można było zjeść śniadanie i skorzystać z posiłków na miejscu. Nie było to miejsce przeznaczone dla całego Pieńska, tylko dla pracowników zakładu.
Miejsce szczególnie zapamiętane przez rozmówcę
Antoni Winnicki: Czy jest jakieś miejsce w hucie, które szczególnie zapadło Panu w pamięć?
Feliks Mackiewicz: Szczególnie zapamiętałem malarnię, ponieważ właśnie tam znajdowały się najładniejsze klosze, różnego rodzaju, pięknie zdobione. To właśnie to miejsce najbardziej zapamiętałem.
Antoni Winnicki: Czy ma Pan jedno wspomnienie, które najlepiej oddaje atmosferę tego miejsca?
Feliks Mackiewicz: Zazwyczaj wszędzie jednakowo było, nie mam takiego szczególnego miejsca.
Antoni Winnicki: Co Pan czuł, gdy huta przestała działać?
Feliks Mackiewicz: Wiadomo, że zadowolony z tego nie byłem. Wiadomo, że w Pieńsku wszystko przestało się dziać. Huta jak była to dużo rzeczy sponsorowała.
Różne imprezy, a jak już Huta przestała istnieć to wszystko upadło i nie ma nic.
Antoni Winnicki: Jak opisałby Pan hutę komuś, kto nigdy nie miał okazji wejść do środka?
Feliks Mackiewicz: Trudno to opisać. Człowiek przejdzie się na hutę pierwszy raz to oszołomiony jest, bo tyle tam tego jest. Także tego nie da się opisać. Musiałbym przez parę godzin opowiadać i musiałby ktoś być prowadzący i tłumaczyć, ponieważ są tam różne działy, kartony do pakowania, dużo, dużo rzeczy. Była to całościowa produkcja na hucie, tylko z zakładu papierniczego zamawiano papier, tektury. Na hucie z tego robiono kartony w wielkości klosza.
Antoni Winnicki: Co chciałby Pan, aby młodzi ludzie wiedzieli o Hucie Szkła Nysa?
Feliks Mackiewicz: Najlepsze to zwiedzanie, ponieważ wytłumaczyć się nie da. Za dużo do tłumaczenia. Są filmiki na YouTubie, jak robię koszyk i to mogą sobie od czasu do czasu obejrzeć.
Antoni Winnicki: Jak chciałby Pan, aby to miejsce zostało zapamiętane?
Feliks Mackiewicz: Jedyne, co zapamiętane jest, to jest to, że postawili posąg hutnika. Obok Domu Kultury jest postawiony pomnik na cześć huty w Pieńsku. Tylko to zostało. I załóżmy, że jak się idzie do Niemiec, na tej ścieżce, co tam jest, to są tam zdjęcia dawnych hutników, pracowników, co już dawno nie żyją, tylko to zostało.
Antoni Winnicki: Gdyby zamknął Pan oczy i jeszcze raz przeszedł przez Hutę Szkła Nysa, od bramy aż do swojego stanowiska pracy, co widziałby Pan po drodze?
Feliks Mackiewicz: Upadek. Jednym słowem. Zaniżania wszystkiego.
Antoni Winnicki: Dziękuję Panu za rozmowę.
Feliks Mackiewicz: Proszę. Dużo zdrowia, żebyś się uczył. Może kiedyś Ty pomożesz hucie, bo jest końcówka już. I to jest bardzo trudny, ciężki zawód i się martwię, że może nie przetrwa.
