Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 3: Huta

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Adam Smoleń · Gość: Edward Winnicki, były pracownik Pieńskich Hut Szkła „Łużyce”

Narrator: Pieńskie Huty Szkła „Łużyce” to miejsce, którego historia jest nierozerwalnie związana z rozwojem Pieńska jako jednego z najważniejszych ośrodków przemysłu szklarskiego na Łużycach. Początki huty sięgają 1872 roku, kiedy rozpoczęto tu produkcję szkła optycznego, a później również szkła opakowaniowego i oświetleniowego.

II wojna światowa przyniosła ogromne zniszczenia, ale już w 1949 roku w odbudowanej hucie „Łużyce” ponownie uruchomiono produkcję. W 1967 roku zakład wszedł w skład przedsiębiorstwa Pieńskie Huty Szkła, a w maju 1997 roku powstała obecna spółka Pieńskie Huty Szkła „Łużyce”.

Dziś, przy ulicy Tadeusza Kościuszki 39, huta nadal działa i jest jedyną czynną hutą szkła w Pieńsku, kontynuując tradycyjne metody ręcznego formowania szkła.

Adam Smoleń: Nazywam się Adam Smoleń i zapraszam do wysłuchania rozmowy z Edwardem Winnickim, byłym pracownikiem Pieńskich Hut Szkła „Łużyce”. Przyjrzymy się historii huty z perspektywy człowieka, który przez lata był częścią jej codziennego życia i pracy.

Co może pan powiedzieć o historii tego budynku? Dlaczego właśnie w tym miejscu powstały Pieńskie Huty Szkła „Łużyce”?

Edward Winnicki: Mogę powiedzieć tylko tyle, że data – sześćdziesiąty siódmy rok – powinna być sześćdziesiąty piąty rok.

Pamiętam tę datę, bo byłem młodym człowiekiem, który wszedł do tego zakładu, wszedł na warsztat i zobaczyłem pierwszy raz tokarnie, stoły ślusarskie, imadła i tak dalej. I bardzo dużo ludzi biegających na halę produkcyjną.

Tam były produkowane słoiki Weka.

O tym zakładzie mogę powiedzieć tyle, że hala była rozbudowywana w stronę biurowca, tego od ulicy. Później powstał drugi biurowiec, bliżej tu.

Tam było laboratorium. Jak pamiętam z tych lat, robiono tam wodę utlenioną do akumulatorów, bo wtedy były wózki akumulatorowe, co jeździły w transporcie międzydziałowym.

Następna sprawa to jest to, że ten zakład wtedy naprawdę był rozwojowy.

Nie tylko Fabryka Form zaczęła robić odlewy i formy. Już tutaj, wewnątrz zakładu, też je wykonywano.

Ludzie, którzy wcześniej byli czasami rolnikami, oni pracowali później na tokarkach i uczono ich tego zawodu.

I ja wam coś powiem – naprawdę byli to ludzie oddani pracy.

Adam Smoleń: Dobrze. Proszę opowiedzieć o sobie. Jak i kiedy trafił pan do Pieńskich Hut Szkła „Łużyce”?

Edward Winnicki: Trafiłem tam wtedy jako uczeń w 1965 roku.

Praktykę miałem później na Fabryce Form jako tokarz i po jedenastu latach wróciłem z Fabryki Form do Pieńskich Hut Szkła, do Huty Nysa w Pieńsku.

Tam pracowałem jako ślusarz.

Chcę trochę powiedzieć na temat mojej pracy. Byłem ślusarzem, który chodził na gazaki, czyli czadnice. Wytwarzały gaz, który był bardzo szkodliwy dla otoczenia, dla miasta Pieńsk i dla ludzi.

Te czadnice dla nas, jako młodych ślusarzy, były bardzo dużymi elementami. Trzeba było to wymontowywać, zakładać to i tak dalej.

Płaszcze wodne początkowo nie były wymieniane, ale kilka lat później już tak. Jeździłem nawet do Piotrkowa Trybunalskiego po te płaszcze wodne.

Praca przy gazakach była bardzo uciążliwa.

Łopatą ładowało się węgiel, brunatny i inny, żeby powstawał gaz.

To się ulatniało wszystko, bo instalacje nie były takie szczelne.

To środowisko było bardzo szkodliwe dla ludzi, dla otoczenia, nawet dla drzew.

I chcę powiedzieć, że ludzie, którzy w tych czasach pracowali w Pieńskich Hutach Szkła, byli naprawdę wyjątkowo ludzie sumienni.

Nie było innej pracy. Ludzie mieli rodziny. Musieli z siebie wydobyć wszystko, żeby w tej pracy wytrzymać.

Teraz to jest co innego, ale nie będziemy zmieniali tematu.

Nie było wtedy takiej techniki jak dzisiaj. Była łopata, były wózki akumulatorowe, później takie na czterech kołach, jakby wywrotki.

Ale mówię wam – to coś strasznego, jak ciężko ludzie pracowali. I nie narzekali.

Albo wanny – wanna numer osiem, dziewięć. Ona potrzebowała bardzo dużo piasku i składników do topienia.

Ludzie przy tym pracowali.

Trzeba było wszystko dokładnie odważyć. Później, już za moich czasów, była nawet waga elektroniczna.

Wstawiało się różne pojemniki z dodatkami do szkła, później wszystko zasypywano, mieszarka to mieszała i wsypywała do wanny numer osiem czy dziewięć.

Tak wyglądała ta ciężka praca w pyle.

Nie było wyciągów powietrza, masek ani takich rzeczy.

Ludzie to wszystko wdychali.

I ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy.

Dopiero po latach to wychodzi. Jak człowiek dochodzi już do pewnego wieku, zdrowie pokazuje, co się stało.

Później przeszedłem na tokarza.

Ręcznie piłowało się na przykład kliny, wpusty w kołach pasowych i tak dalej.

Chodzę kiedyś z moim mistrzem po warsztacie i patrzę – stoi jakieś poniemieckie urządzenie, takie dziwne.

Pytam: „Co to jest?”.

On mówi, że to jest strugarka.

Ja byłem już po szkole i mówię: „Po co ja mam to piłować piłką?”.

Brzeszczotem wycinałem wpusty, szesnaście czy dwadzieścia milimetrów szerokości, kilka milimetrów głębokości. To bardzo długo trwało. Trzeba było dwa dni piłować.

Mówię do pana Kucharskiego: „Ja to uruchomię”.

„No to uruchom”.

Wezwaliśmy elektryka. Podłączyli. Włączyłem. Sam też się bałem.

To był taki postęp, że te kliny i wpusty można było robić bardzo szybko.

Zrobiłem sobie też odpowiednie narzędzie – odkułem je, bo wcześniej byłem w Fabryce Form.

To była naprawdę dobra szkoła.

Pracowałem w kuźni i w różnych działach.

Ludzie, którzy mnie uczyli, byli praktykami.

Pracownicy umysłowi też znali ten zawód od podstaw – technologię, obróbkę skrawaniem i tak dalej.

To nie była tylko teoria, ale przede wszystkim praktyka.

A praktyka daje naprawdę bardzo dużo.

Ta stara poniemiecka maszyna zrobiła taki postęp, że później wszyscy chcieli, żeby koła pasowe robić właśnie na niej, bo szło to bardzo szybko.

Adam Smoleń: Jak na co dzień wyglądało pana stanowisko pracy?

Edward Winnicki: Na tokarce robiłem bardzo duże formy, takie, które mogły nawet ważyć prawie trzysta kilogramów.

Wtedy odlewów się nie ważyło, więc nie wiem dokładnie, ale była to bardzo duża tokarnia.

To była tokarnia węgierska, jeśli dobrze pamiętam.

Nie pracowała na łożyskach, tylko na panewkach.

Nie można było włączać dużych obrotów, bo panewki mogłyby się zatrzeć.

Zresztą nie było takiej potrzeby. Maszyna służyła do powolnej obróbki dużych, niewyważonych elementów.

Była potężna, ciężka. Przeciążenia jej nie ruszały, nie drgała.

Na tej maszynie robiło się pomału.

Wkładało się nóż, był narysowany fason i dojeżdżało się narzędziem do kreski na fasonie.

Cały czas trzymałem głowę blisko i zaglądałem, żeby wszystkiego dopilnować, żeby nie zepsuć formy.

I wdychałem ten pył żeliwny.

Po jakimś czasie brałem syna ze żłobka i szedłem z nim pod górę do domu.

I nie mogłem oddychać.

Pomyślałem: „Te papierosy”.

Ale mówię sobie: przecież to niemożliwe, żeby papierosy tak z dnia na dzień człowieka zabrały.

Poszedłem do lekarza.

Lekarz wysłał mnie do Wrocławia, żeby sprawdzić [„ołowicę” – zapis niepewny], czy coś takiego.

Tam wszystko było dobrze, więc wysłali mnie na Wysoką Łąkę, do Jeleniej Góry.

Był tam szpital kliniczny zajmujący się chorobami płuc.

Wziąłem wszystkie dokumenty, jakie miałem.

Pani doktor przeglądała moje okresowe badania. Były robione co roku.

Pokazała mi wyniki spirometrii.

I mówi: „Zobacz pan”.

Z roku na rok spadała pojemność płuc.

Płuca były po prostu zapchane pyłem żeliwnym.

A wcześniej ludzie mówili, że „to się wypluje” i tak dalej.

Ludzie nie wiedzieli, jak bardzo żeliwo jest szkodliwe.

Nie wiedzieli tego także ci, którzy pracowali przy gazakach, hutnicy i inni.

Jeżeli ktoś mówi, że huta powinna działać – ja też jestem za hutą – ale powinny być spełnione odpowiednie warunki.

Ludzie nie mogą tracić zdrowia, chorować przez pracę.

Żałuję, że Łużyce nie zrobiły w pewnym momencie większego postępu, tylko dalej szły w szkło oświetleniowe.

Po tym, jak wróciłem z Jeleniej Góry, zaczęto instalować odciągi powietrza.

Miałem rurę, którą mogłem ustawiać przy stanowisku.

Już nie wdychałem tyle pyłu.

Adam Smoleń: Jakich narzędzi i urządzeń używał pan najczęściej?

Edward Winnicki: Noży tokarskich.

Część robiłem sobie sam.

Odkuwałem stal „ZW 18” [oznaczenie niepewne], bo umiałem to robić. To była bardzo trudna stal do obróbki.

Brała żeliwo, stal, wszystko.

Szedłem do kuźni na hucie i odkuwałem narzędzie.

Wiedziałem, jak to nagrzać, bo jeśli materiał nagrzało się za mocno, rozpadał się.

Później szlifowałem nóż, robiłem odpowiedni fason i hartowałem go.

Wiedziałem na oko – wtedy miałem lepszy wzrok – jaki kolor powinna mieć stal. I wtedy do oleju.

W ten sposób byłem jednocześnie tokarzem, kowalem i szlifierzem.

Bardzo dobrze, że tak się nauczyłem w Fabryce Form. Chodziłem do kuźni, narzędziowni, spawalni.

Robiłem naprawdę wszystko.

Oczywiście po trochu, ale jeśli ktoś chciał się nauczyć, to się nauczył.

Ktoś może powiedzieć: „Jak ktoś wszystko umie, to nic nie umie”.

Ale praktyka dawała mi coraz więcej.

Kiedy byłem ślusarzem, pracowałem też z jednym blacharzem, który bardzo dobrze znał się na wycinaniu blach i wykonywaniu różnych kształtowników.

Miał około pięćdziesięciu ośmiu lat, niedługo miał iść na emeryturę.

Mówię do niego:

„Panie, nie stój pan nad tą wanną, bo pan wdycha te opary”.

A on: „No ale jak to będziemy robić?”.

Mówię: „Skręcimy to na dole, zawołamy kogoś i podniesiemy te blachy, wyciągi”.

Już wtedy zwracałem na takie rzeczy uwagę.

Dzisiaj mam siedemdziesiąt sześć lat.

Mam tokarnię w domu, ludzie jeszcze do mnie przychodzą, ale ja już nie chcę pracować.

Wszystko wysiada – stawy, barki.

Przecież przez tyle lat rękami kręciłem, trzymałem, żeby te formy wytoczyć.

Adam Smoleń: Czy była to praca zespołowa? Ile osób pracowało przy jednym zadaniu?

Edward Winnicki: Przy jednej formie pracował najpierw frezer, później ślusarz, tokarz i grawer.

Brałem formę od frezera i obtaczałem ją z grubsza, żeby złapać odpowiednie kąty.

Później szła na wiertarkę, żeby wykonać otwory pod sworznie i pod klucz.

Po frezerze pracował ślusarz.

Później forma znowu wracała.

Mocowało się jedną połówkę na specjalnej płycie – nazywało się to zabierak – i zakładało na tokarkę.

Wszystko trzeba było odpowiednio wycentrować. Musiało być idealnie.

I zaczynało się toczyć.

Wytaczałem cały fason.

Tam, gdzie miała być później grawerka, zostawiało się odpowiedni występ albo powierzchnię.

Później forma szła do grawerni.

Tak że przy jednej rzeczy pracowało co najmniej pięć osób.

Adam Smoleń: Jak wyglądało rozpoczęcie pracy? Przebranie się, odprawa, przekazanie stanowiska?

Edward Winnicki: Przychodziłem do szatni, przebierałem się w ubranie robocze i szedłem do swojej tokarki.

Jeżeli nie miałem pracy przygotowanej, mistrz przydzielał mi jakieś zadanie.

Dostawałem rysunek techniczny i kartę pracy.

Kiedy pracowałem na hucie, na tej karcie było zapisane, ile godzin przewidziano na wykonanie jednej sztuki.

Musiałem się w tym czasie zmieścić, bo inaczej mało by się zarabiało.

Bywało, że miałem wolne inne maszyny.

Robiłem duże formy, ale jednocześnie puszczałem na innej maszynie na przykład spody o średnicy około osiemdziesięciu.

Jedna maszyna chodziła, ja przechodziłem do drugiej.

W ten sposób wyrabiało się bardzo dużo godzin.

Tylko ktoś może powiedzieć: „Tyle godzin zrobił, to ile pieniędzy dostał?”.

[niezrozumiałe].

Problem był taki, że stawki były małe.

Nikt nie chciał się porządnie zabrać za normowanie czasu pracy.

I wszystko trochę kulało.

Trzeba byłoby zrobić z tym porządek dużo wcześniej, ale nikt do końca tego nie zrobił.

Adam Smoleń: Co najbardziej zwróciło pana uwagę, gdy pierwszy raz wszedł pan na teren zakładu?

Edward Winnicki: Kiedy wszedłem na Hutę Nysę i poszedłem do ślusarni, przede wszystkim patrzyłem na ludzi.

Interesowało mnie, kogo znam, kto jest znajomy.

I zastanawiałem się, co będę robił, jakie zadanie mi dadzą.

Ale to był taki zakład, że działów było bardzo dużo.

Ponieważ przyszedłem już z pewnym doświadczeniem, bardzo szybko wysłano mnie na opękarnię.

Opękarnia to miejsce, gdzie odcinało się część klosza. Robiono to temperaturą, ogniem i fragment szkła odpadał.

Regulowałem tam urządzenia, robiłem podstawki, żeby klosze były równo odcinane.

Później klosze szły na szlifiernię.

Tam kobiety w fartuchach szlifowały je.

I cały czas, jak o tym opowiadam, wraca mi to, jak trudną pracę miały te kobiety.

Klosze i kule były różnego rodzaju. Po odcięciu trzeba było wyrównać powierzchnię.

Były takie „szajby”, czarne koła. Sypało się piasek i na tym się szlifowało.

Koło musiało być idealnie ustawione.

Jeśli szarpało kloszem, powierzchnia nie wychodziła równa.

Kiedy poszedłem tam ustawiać te koła, ustawiłem je bardzo dokładnie.

Panie powiedziały później, że chcą, żebym to właśnie ja im je ustawiał.

Starałem się wszystko robić dobrze.

To zostało we mnie do dziś.

Chyba dlatego też później byłem doceniany prywatnie.

Widziałem, jak ciężko ludzie pracują.

Te kobiety pracowały w ogromnym hałasie.

To był straszny szum.

Patrzyłem nawet, jak jadły śniadanie w tych warunkach.

Naprawdę ciężka praca.

Adam Smoleń: Jak wyglądał budynek huty, gdy rozpoczął pan tam pracę? Jak były rozmieszczone hale, piece, magazyny i biura?

Edward Winnicki: Dokładnie wszystkiego już nie pamiętam.

Wiem, że gazaki były po drugiej stronie hali, w której teraz jest produkcja.

Hala była przedłużona.

Przy warsztacie, w którym zaczynałem pracę, był magazyn.

Była też przepompownia wody. Woda chłodziła wanny.

Po lewej stronie, za drugą halą, od strony Fabryki Form, były toalety i spawalnia.

W jednym z budynków, na dole wzdłuż hali, znajdowały się kompresory.

Od strony ulicy też coś było rozbudowywane.

Wydaje mi się, że część tych budynków była już powojenna albo remontowana po wojnie.

Stare budynki ładnie wyglądały – czerwona cegła i tak dalej.

To było fajne.

A nowe były już takie szare, tynkowane.

Adam Smoleń: Jaką rolę huta odgrywała w życiu Pieńska?

Edward Winnicki: Najważniejsze było to, że – jak pamiętam – w Pieńsku pracowało około dwóch i pół tysiąca ludzi.

I mówię tu o hucie.

Nie liczę papierni, GS-u, nadleśnictwa i innych zakładów.

Później wszystko zaczęło upadać.

Ludzie nie mieli pracy.

To był naprawdę horror.

Ja miałem trochę szczęścia.

Miałem przepracowane trzydzieści dwa lata, zaliczono mi szkołę, to było bardzo ważne. Dwa lata pracowałem też w kopalni miedzi.

Wszystko się zsumowało i wezwano mnie do biura.

Zapytali, czy chcę odejść na zasiłek przedemerytalny.

Wtedy urodziła się córka.

Stałem i zastanawiałem się, co zrobić.

Wiedziałem, że na hucie pieniędzy już nie będzie, bo zakład był w upadłości.

To były już grosze.

Rok wcześniej kupiłem jednak starą tokarkę, praktycznie przeznaczoną na złom.

Kupiłem ją.

Nie miałem gdzie jej postawić, więc szybko wybudowałem garaż i wstawiłem tam tę tokarkę.

Byłem takim tokarzem, że lubiłem robić wszystko.

Gwinty i różne inne rzeczy.

Nawet ludzie z [niezrozumiałe] przyjeżdżali do mnie, żeby coś nagwintować.

Byłem samoukiem, który chciał się cały czas uczyć.

Najważniejsze jest to, żeby człowiek miał chęci do pracy.

Adam Smoleń: Czy huta zmieniała się przez lata? Jeśli tak, co zmieniło się najbardziej?

Edward Winnicki: Najbardziej zmieniła się produkcja.

Pojawiły się wyciągi, na przykład przy wannie osiem i dziewięć.

To już dużo zmieniało.

Nie było tak gorąco.

Bo najgorsze dla ludzi było właśnie gorąco – od pieca, od wanny.

Dzisiaj, kiedy patrzę na te upały, myślę sobie, że dla słabszego człowieka takie warunki mogły się skończyć tragicznie.

Wtedy pracowali ludzie starsi, nawet około sześćdziesięciu lat.

Hutnicy pracowali po sześć godzin.

Później pracowało się po osiem.

Na Łużycach był też straszny smród przy automatach.

Czasem szedłem do automatów coś zmierzyć i patrzyłem na operatorów.

Smarowali gorące wytłoczniki czy formy jakimiś gumami czy środkami, żeby formy dłużej wytrzymywały.

Ta guma się paliła.

Ludzie nie zdawali sobie sprawy, że tracą przez to zdrowie.

Wyrób wychodził lepiej, klosz był gładszy, miał połysk, ale nikt wtedy nie myślał, co ludzie wdychają.

Później przyjechali kiedyś do mnie pracownicy z [Łużyc?] i robiłem im dużą formę.

Przywieźli kulę, żebym zmniejszył otwór.

Zobaczyłem wtedy, czym smarują.

Pytam: „Co to jest?”.

Powiedzieli, że specjalny smar, który się nie kopci i podobno można przy nim oddychać.

Nie wiem, czy to prawda.

Ja nie wierzę, że coś, co się pali, jest całkiem nieszkodliwe.

Przy automatach był kiedyś straszny smród.

Paliła się guma, oleje, smary.

Wszystko się kopciło.

Adam Smoleń: Jakie wydarzenie było kluczowe dla tak zwanych Łużyc?

Edward Winnicki: Kiedy przestały istnieć słoiki, wtedy moim zdaniem należało wymienić automaty na nowszy typ.

Można było kogoś wysłać do Niemiec.

Przecież tam też były huty. Można było rozmawiać, kupić używany automat.

Nie wierzę, że nie dało się produkować słoików dla polskiego rynku.

Można było robić słoiki twist i inne.

Ale nie było odpowiednich automatów.

Dzisiaj maszyny CNC robią element jeden w jeden.

A wtedy osiem godzin człowiek chodził z suwmiarką i mierzył podzespoły form.

Trzeba mieć stalowe nerwy, żeby przez osiem godzin cały czas kontrolować wymiary.

Technicznie trzeba było iść do przodu.

Ale byli ludzie, przez których nie zawsze się dało.

Pamiętam, jak przywieźli na Nysę dwie koreańskie tokarnie.

Piękne, nowe maszyny.

Przyjechały dźwigi, ustawili tokarkę.

Kiedy ją zobaczyłem – miała około metra toczenia – od razu powiedziałem:

„Co to jest? Dla kogo ta maszyna?”.

Był główny mechanik i inni.

Powiedziałem, że ta maszyna się nie nadaje do takich ciężkich odlewów.

Matko święta, co się wtedy działo.

Chyba tylko dlatego mnie nie zwolnili, że byłem dobrym tokarzem.

Kolega później poszedł na tę maszynę pracować.

Powiedziałem mu:

„Człowieku, ja koło niej nie chcę stać, kiedy założysz tę formę”.

Robiono duże plafony, bardzo ciężkie elementy.

To nie były idealnie okrągłe, wyważone rzeczy.

Kolega osiwiał, jak zaczął na tym pracować.

Później przyjechali z Poznania i zabrali starą węgierską maszynę.

Adam Smoleń: Jak wyglądał proces powstawania szkła z perspektywy pracownika produkcji?

Edward Winnicki: Przywożono piasek szklarski, soda i inne składniki.

Wszystko się mieszało.

Jeżeli piasek był niedosuszony, zaczynały się problemy w wannie.

Pojawiały się różne nieprawidłowości.

I było bardzo dużo odpadów.

Adam Smoleń: Jakie wyroby powstawały podczas pana pracy? Czy był taki produkt, który zamawiano szczególnie często?

Edward Winnicki: Bardzo często produkowano kule.

Takie kule moletowane na zewnątrz i wytrawiane w kwasie.

Były matowe.

Bardzo dużo tego szło do Związku Radzieckiego.

Pakowano je wtedy w drewniane wióry.

Później zawijano je w falistą tekturę z papierni.

Tak to wyglądało.

Wraz z postępem technicznym sposób pakowania całkowicie się zmienił.

Kiedy pojawiła się folia, stare metody praktycznie zniknęły.

Adam Smoleń: W jaki sposób transportowano szkło wewnątrz budynku?

Edward Winnicki: Najpierw były wózki akumulatorowe, później widlaki i palety.

O wózkach mówię dlatego, że początkowo palet jeszcze nie było.

Były takie wózki z koszem, z siatką po bokach.

Nakładało się na nie szkło i pchało rękami.

Ludzie pchali te wózki po hucie.

Tak samo było na innych zakładach.

To była ciężka praca.

Jeśli gdzieś nawiało śniegu czy były trudne warunki, dalej trzeba było ten wózek pchać.

Byli specjalni pracownicy – wozacy – którzy się tym zajmowali.

Adam Smoleń: Czy pamięta pan moment, kiedy gotowy wyrób opuszczał halę? Co działo się z nim dalej?

Edward Winnicki: Gotowy wyrób szklany szedł najpierw do magazynu.

Później wywożono go wagonami albo samochodami.

W magazynie pracowały kobiety, które zajmowały się pakowaniem.

Wózki podjeżdżały do nich, one odbierały wyroby i pakowały.

Później wszystko szło dalej, między innymi do wagonów.

Kiedy przyjeżdżał wagon, paczki podawano ręcznie.

Wszystko ręcznie.

Adam Smoleń: Czy zdarzały się sytuacje niebezpieczne?

Edward Winnicki: Tak.

Na Łużycach zdarzył się wypadek.

Był tam używany kocioł z takiej małej ciuchci, parowozu.

Znajomy był wtedy chyba mistrzem.

Odkręcali dekiel z przodu.

Nie wiem, czy nie mogli odkręcić części śrub i zaczęli je podgrzewać.

W zbiorniku był gaz, a kilka śrub jeszcze trzymało.

Moim zdaniem to był błąd.

Oczywiście mówię tylko ze swojej wiedzy.

Znam się trochę na gazach i tak mi się wydaje, że mogło do tego dojść.

Prawdopodobnie zbiornik nie został dobrze wywietrzony.

Kiedy obcinali pozostałe śruby, ogień dostał się do środka i nastąpił wybuch.

Urwało śruby i człowieka rzuciło w stronę muru.

Ten człowiek zginął.

Nie pamiętam, jak się nazywał.

Przy tokarkach też zdarzały się wypadki.

W Fabryce Form komuś urwało palce, zdarzały się urazy ręki.

Takie rzeczy się działy.

Przy maszynie trzeba być naprawdę ostrożnym.

Trzeba mieć spokojną naturę.

Jeżeli człowiek jest zdenerwowany, najlepiej wyłączyć maszynę i odejść.

Adam Smoleń: Gdyby zamknął pan oczy i jeszcze raz przeszedł przez Pieńskie Huty Szkła „Łużyce” od bramy aż do swojego stanowiska pracy, co widziałby pan po drodze?

Edward Winnicki: Gdybym szedł jeszcze raz na Hutę Nysę, zostawiłbym ten bunkier.

Robiłem do niego drzwi.

Bunkier był pod biurowcem, który później wybudowano.

Nie pod starym budynkiem, bo tam była [niezrozumiałe], gdzie robiło się te donice.

Co jeszcze mogę powiedzieć?

Nie zmieniłbym tego zakładu jako takiego.

To było fajne.

Wiele rzeczy było zrobionych tak, jak trzeba.

Tam, gdzie były wanny, dachy też były specjalnie wykonane.

Jedno na pewno bym zmienił.

Tę budę, w której pracowałem przy tokarce, ominąłbym szerokim łukiem.

Postawiłbym nowy warsztat.

Z pięknymi oknami.

Żeby ludzie mogli normalnie oddychać.

Dzisiaj można mówić o wielu takich rzeczach.

Ale w tamtych czasach, żeby wszystko zmienić, trzeba było przede wszystkim mieć pieniądze.

Adam Smoleń: W takim razie to już wszystkie pytania. Bardzo dziękuję za rozmowę.