Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 8: Biblioteka

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Alicja Świokło · Gość: Bożena Winnicka, przez 40 lat pracowniczka biblioteki w Pieńsku

Alicja Świokło: Historia biblioteki w Pieńsku rozpoczęła się w 1949 roku. Początkowo działała w okolicach obecnej poczty, następnie w Domu Kultury przy ulicy Hutniczej 23. W 1979 roku odbyło się uroczyste otwarcie biblioteki w budynku przy Hutniczej 24, znajdującego się naprzeciwko Domu Kultury.

Przez kolejne 40 lat, aż do 2012 roku, to właśnie tutaj mieszkańcy przychodzili po książki, czasopisma, na spotkania i po prostu po chwile spędzone wśród książek. W 2012 roku biblioteka ponownie przeniosła się do Domu Kultury. Jej dawna siedziba zmieniła funkcję, ale pamięć o niej pozostała.

Dla wielu mieszkańców Pieńska część budynku przy Hutniczej 24 nadal jest miejscem, które przywołuje wspomnienia dzieciństwa, szkolnych lektur, pierwszych samodzielnie wypożyczanych książek i spotkań z bibliotekarkami. Dziś funkcjonuje jako inne miejsce, a jednak dla wielu osób wciąż pozostaje po prostu starą biblioteką.

Nazywam się Alicja Świokło i zapraszam do wysłuchania rozmowy z panią Bożeną Winnicką, która przez 40 lat pracowała w bibliotece w Pieńsku. W tym czasie pełniła funkcję dyrektora, a po włączeniu jej struktury w Domu Kultury – kierownika biblioteki.

W którym roku rozpoczęła pani pracę w bibliotece i jak pani wspomina swój pierwszy dzień w otoczeniu książek?

Bożena Winnicka: Pracę w bibliotece rozpoczęłam zaraz po zakończeniu liceum w Zgorzelcu, w 1972 roku. 1 sierpnia przyszłam do pracy po raz pierwszy.

A jak wspominam? Nie bardzo dobrze to wspominam, dlatego że w bibliotece był straszliwy bałagan, przeokropny. Tego miejsca nie można było wtedy nazwać w ogóle biblioteką, bo to był tylko oddział dla dzieci. Nie było księgozbioru dla dorosłych, tylko był księgozbiór dla dzieci.

Nieciekawie to wspominam. Był straszliwy bałagan. Mnóstwo czasu zajęło mi to, żeby uporządkować i przywołać bibliotekę do takiego stanu, w jakim powinna funkcjonować i jak powinna wyglądać. Od początku, jak przyszłam do biblioteki, musiałam to wszystko najpierw uporządkować.

W końcowych dniach lipca była wcześniej inwentaryzacja biblioteki po poprzedniej pani. Przejęłam cały księgozbiór. Księgozbiorów wtedy było 4600 książek, tylko takich młodzieżowo-dziecięcych, w tym pierwszym pomieszczeniu. A drugie pomieszczenie, które pamiętacie, jak wyglądała wtedy biblioteka, było po prostu olbrzymi magazyn.

Hałdy książek leżały na podłodze, nie wiadomo było, od czego zacząć. Wszystko było rozwalone, zniszczone, trzeba było to uporządkować. Biblioteka podlegała wtedy pod urząd i pod bibliotekę powiatową w Zgorzelcu. Dostałam dwa tygodnie czasu na wykazanie się i uporządkowanie tego wszystkiego, żeby biblioteka mogła zacząć działać.

Bo przez wiele miesięcy była nieczynna, w ogóle była zamknięta. Poprzednia pani była na chorobowym, nie przychodziła do pracy i po prostu szukali pracownika.

A ja, jak chodziłam w Zgorzelcu do czwartej klasy liceum, to był taki fakultet bibliotekarski. Tak mi się to spodobało, że poszłam na ten fakultet. To były dodatkowe zajęcia. Później zwróciłam się do pani dyrektor w Zgorzelcu, która decydowała o przyjęciu pracownika do biblioteki. Pani Motyka się nazywała.

Od razu mi odpowiedzi nie dała. Trzeba było jeszcze złożyć dokumenty do urzędu i dopiero wtedy zostałam przyjęta tu do pracy.

Miałam też serdeczną koleżankę, z którą do dziś utrzymuję kontakt. Ona pracowała na hucie, w dziale konstrukcyjnym, pięknie pisała pismem technicznym. Także ona przychodziła ze mną popołudniami i zrobiła wszystkie napisy, jakie trzeba było, jakieś ilustracje takie na regały, żeby to ładnie wyglądało.

I dopiero później otworzyłyśmy bibliotekę dla czytelników.

Alicja Świokło: Kiedy objęła pani funkcję dyrektora biblioteki? Jak wyglądała praca dyrektora w tamtym czasie? Za co była pani odpowiedzialna?

Bożena Winnicka: Funkcję dyrektora biblioteki objęłam. Przeglądałam, przychodząc tutaj, swoje stare dokumenty, bo mam je w domu. Kopię zawsze sobie zostawiałam to był rok 1980.

Zmieniały się przepisy. Cały czas byłam kierownikiem biblioteki, taki miałam dodatek funkcyjny jako kierownik biblioteki, a na początku 1980 roku – mam to udokumentowane – zostałam powołana na stanowisko dyrektora biblioteki. Na tym stanowisku byłam do 1992 roku.

Do 1992 roku, aż połączyły się jednostki – Dom Kultury i biblioteka. Biblioteka weszła wtedy w strukturę Domu Kultury i zostałam zastępcą.

Jeżeli chodzi o moje obowiązki, działały już filie. W momencie, kiedy byłam kierownikiem biblioteki, była jedna filia w Dłużynie. To była duża biblioteka z bardzo dobrym księgozbiorem, z dużą ilością książek poczytnych, które ludzie lubili czytać. To była kiedyś biblioteka gromadzka, tak się to wtedy nazywało.

Później to zostało przekazane pod nasze władanie. Była filia w Dłużynie Dolnej, w Żarkach Średnich i w Stojanowie.

Te filie dwie w Żarkach Średnich i Stojanowie należało przygotować od początku: zgromadzić księgozbiór, wpisać ten księgozbiór, opracować je i przygotować bibliotekę do rozpoczęcia działalności.

Część księgozbioru przekazała nam biblioteka w Zgorzelcu. Gromadzili książki na jakąś filię, której otwarcie się przedłużało, więc przekazali nam część tego księgozbioru. Część żeśmy gromadziłyśmy same, przygotowywałyśmy i opracowywałyśmy, i później zostały otwarte biblioteki w Żarkach i w Stojanowie.

I jeszcze były też kiedyś punkty biblioteczne. Jeden mieliśmy w Bielawie Dolnej, a jeden punkt był w jednostce wojskowej w Dłużynie Górnej. Działała tam jeszcze jednostka wojskowa. Żołnierze przyjeżdżali i wymieniali u nas książki. Przyjeżdżali po nie z wielkimi koszami.

Trzeba było wszystko przygotować, spisać wszystko, żeby mogli te książki zabrać.

Trzeba było jakoś nad tymi filiami panować. Z początku były czynne po trzy razy w tygodniu, a później etaty się skracało, zmniejszało ciągle i były czynne coraz rzadziej.

Biblioteka w Pieńsku rozwijała się coraz bardziej i tutaj była większa potrzeba pracowników niż na wsiach, bo tam było znacznie mniej czytelników. Trzeba było się skupić na pracy tutaj, w Pieńsku.

Alicja Świokło: Jak wyglądało wejście do biblioteki?

Bożena Winnicka: Pomieszczenia, które zajmowaliśmy przy Hutniczej – wtedy ulica nazywała się Tomaszka – miały dwa wejścia. Jedno prowadziło do oddziału dla dzieci, a drugie do oddziału dla dorosłych.

Dzieci wchodziły osobnym wejściem, dorośli osobnym. Także było to dobrze zorganizowane i przygotowane.

Wcześniej w tym lokalu był duży sklep meblowy Gminnej Spółdzielni. Gmina Spółdzielnia zrezygnowała z lokalu na rzecz miasta i władze stwierdziły, że zrobią tutaj bibliotekę i powstała biblioteka.

W 1979 roku, jeśli dobrze pamiętam, było bardzo huczne otwarcie biblioteki. Miałyśmy wtedy zgromadzony już duży księgozbiór, chociaż w porównaniu z tym, jak wyglądał, gdy odchodziłam, była to garstka.

Przeglądałam zdjęcia z otwarcia biblioteki – gdzieś w archiwum na górze powinny być. Widać na nich, że tego księgozbioru było niewiele. Ale z biegiem lat ciągle się książki kupowało, przybywało ich tych książek i biblioteka była dobrze zaopatrzona.

Uważam, że jak na to środowisko, warunki i tamte czasy, uważam że była naprawdę dobrze wyposażona – zarówno oddział dla dzieci, jak i dla dorosłych.

Alicja Świokło: Co pani zobaczyła, kiedy pierwszy raz weszła do tego budynku?

Bożena Winnicka: Pomieszczenie było mocno zniszczone po sklepie meblowym.

Pani dyrektor ze Zgorzelca z biblioteki była bardzo zaangażowana w pomoc swoim bibliotekom, które jej podlegały. Bardzo dużo nam tutaj pomagała. To były trudne czasy, to były czasy jeszcze przed stanem wojennym. Nic nie można było kupić, niczego załatwić, a bibliotekę trzeba było otworzyć.

Pomieszczenie było już wymalowane, przygotowane, trzeba było zrobić oświetlenie. Nie miałyśmy niczego na podłogę, a była ona strasznie brzydka podłoga.

Dostałyśmy wykładzinę, taki gumolit z filcem od spodu. Potrzeba było bardzo dużo metrów na całą bibliotekę. Pani Motyka gdzieś nam to załatwiła.

Dopiero jak położyli wykładzinę, mogłyśmy ustawić regały i dopiero było otwarcie.

Otwarcie było bardzo huczne. Była władza z całego Pieńska. Biblioteka podlegała wtedy pod Jelenią Górę, więc była pani dyrektor z Jeleniej Góry, ze Zgorzelca, instruktorzy, dyrektorzy podległych wszystkich placówek.

Najpierw było uroczyste otwarcie z przecięciem wstęgi, a później uroczysty obiad w restauracji Hutnik.

Alicja Świokło: Jak wyglądała przestrzeń biblioteki? Gdzie znajdowały się regały, lada, stanowiska pracy?

Bożena Winnicka: W pierwszym, dużym pomieszczeniu był oddział dla dorosłych, z księgozbiorem dla dorosłych i księgozbiorem popularnonaukowym.

Miałyśmy dużo miejsca na stoły i krzesła. Z początku stało sześć stołów i kupiłyśmy czterdzieści krzeseł. No to miejsca było wystarczająco dużo, nawet nie wszystkie krzesła były rozstawione.

Drugie pomieszczenie było moje biuro. Z niego przechodziło się, po czterech schodkach, do oddziału dla dzieci. Tam były dwa pomieszczenia.

Wszystkie regały sukcesywnie wymieniałyśmy. Od czasu, gdy przyszłam w 1972 roku, co roku zamawiałyśmy nowe drewniane regały. Były drewniane solidne, porządnie zrobione, półki nie wyginały się pod ciężarem książek.

Były ciężkie, ale bardzo porządne.

Później dokupowano regały dostępne w sklepach, ale one się rozpadały. To nie zdawało egzaminu.

Alicja Świokło: Jakie działy funkcjonowały w bibliotece, kiedy zaczynała pani pracę?

Bożena Winnicka: Jak zaczynałam pracę w 1972 roku, był tylko oddział dla dzieci.

Kiedy likwidowali bibliotekę zakładową, przejęłyśmy część tego księgozbioru. Na otwarcie nowej biblioteki było około trzech tysięcy książek, może trochę więcej lub mniej – dokładnie trzeba byłoby sprawdzić w dokumentach.

Wszystko musiałyśmy od nowa wpisać i skatalogować.

Przejęłyśmy ten księgozbiór, który huta zostawiła, ale on był już wcześniej przebrany. To, co lepsze, nie wiem, gdzie się podziało. Dla nas zostały takie resztki, ale ponieważ zaczynałyśmy, wszystko było nam potrzebne.

Alicja Świokło: Czy pamięta pani, jakie były wtedy pomieszczenia biblioteczne? Jak wyglądały poszczególne pomieszczenia?

Bożena Winnicka: Dla oddziału dziecięcego były dwa pomieszczenia. Wchodziło się do nich po schodkach. Jedno było większe, drugie mniejsze.

W pierwszym był księgozbiór dla dzieci i młodzieży. W drugim, kiedy już je uporządkowałam i przygotowałam, był księgozbiór popularnonaukowy i taka mini-czytelnia.

Stały tam dwa małe stoliki.

Warunki nie były łatwe. Woda znajdowała się za regałami, część pomieszczenia była przedzielona. Ubikacji w ogóle nie było. To był problem.

Bardzo dobrze żyłam jednak z panią ze sklepu meblowego, więc chodziłam do ubikacji do sklepu, kiedy pani tam była. Jakoś sobie radziłam.

Alicja Świokło: Czy pamięta pani zapach, światło, ogrzewanie, podłogi, schody, drzwi – rzeczy, które dziś mogą wydawać się nieistotne, ale wtedy tworzyły atmosferę tego miejsca?

Bożena Winnicka: Zapach, kiedy zaczęłam pracę, był nieciekawy.

Biblioteka była kilka miesięcy zamknięta. Pomieszczenie wprawdzie było ogrzewane, bo znajdowało się razem ze sklepem meblowym, ale mimo wszystko było niewietrzone, nieotwierane, zamknięte.

Panował straszliwy zaduch. Drzwi musiały być cały czas otwarte. Był sierpień, było ciepło, a zaduch był taki, że można się było udusić od tych parujących „oddychających”, książek.

Kiedy zaczęło się otwierać drzwi i okna, wszystko się zmieniło.

Na podłodze była natomiast stara, poszarpana wykładzina, taki gumolit. Trzeba było szybko ją zlikwidować, bo dzieci zahaczały o nią i się potykały.

Kiedy położyliśmy nową wykładzinę pod regałami i wszystko było równo, sytuacja była już dobra.

Alicja Świokło: Czy biblioteka miała jakieś charakterystyczne miejsce, które szczególnie pani zapamiętała?

Bożena Winnicka: Charakterystyczne to myślę, że moje biuro.

Ludzie przychodzili do biblioteki nie tylko po książki, ale po prostu posiedzieć, porozmawiać, dopytać się. Przychodzili radni.

Ten czas akurat to wspominam bardzo dobrze, bo ludzie byli też inni. Było w nich więcej serdeczności. Byli bardziej otwarci. Można było wiele rzeczy powiedzieć.

Przychodzili zapytać, jak się pracuje, czego potrzeba.

Dziś myślę, że chyba już tak nie jest.

Alicja Świokło: Czy były miejsca, do których czytelnicy mieli dostęp, i takie, które były tylko dla pracowników?

Bożena Winnicka: Tak.

Było moje biuro i z niego po jednym schodku wchodziło się do niedużego pomieszczenia. Tam miałyśmy dział gromadzenia i opracowania.

Stało tam biurko pani Urszuli Korzyńskiej, która miała swoje stanowisko pracy, oraz regały na nowo zakupione książki.

Czytelnicy nie mieli do nich dostępu, ponieważ jeśli kupiło się dwieście czy trzysta książek naraz, nie dało się ich od razu przygotować.

Wtedy wszystko wpisywało się ręcznie do inwentarza, trzeba było przygotować katalogi. To trwało dosyć długo.

Alicja Świokło: Czy budynek był wygodny do prowadzenia biblioteki? Jeśli istniały problemy lokalowe, z czym się wiązały?

Bożena Winnicka: Uważam, że budynek był bardzo dobry na prowadzenia biblioteki.

Oczywiście w momencie, kiedy odchodziłam na emeryturę, wymagał już remontu, bo biblioteki zaczynały działać inaczej i inaczej były wyposażone.

Ale władze miasta podjęły inną decyzję, nad którą bardzo ubolewałam. Strasznie przeżywałam, że biblioteka zostanie przeniesiona tutaj.

Uważałam, że po wyremontowaniu tamtych pomieszczeń i odpowiednim ich zaadaptowaniu można byłoby stworzyć przepiękną, nowoczesną bibliotekę.

Jeździłam po bibliotekach w Bolesławcu, Lubaniu, Lwówku czy Bogatyni. Tam już były placówki po dużych remontach, nowoczesne.

W Bolesławcu biblioteka również przeniosła się do pomieszczeń po domu handlowym. Także było tam przepięknie. Duże okna, a w nich takie siedziska, gdzie można było usiąść przy lampce.

Projektant może to wszystko pięknie zaprojektować i zrobić.

Tutaj była możliwość zrobienia czegoś podobnego. Ale władze uznały, że przeniesienie będzie lepsze i oszczędniejsze.

Ja uważam, że te oszczędności nie były wielkie, bo pieniądze przeznaczane na ogrzewanie tamtego lokalu były bardzo niewielkie w porównaniu z całym budżetem.

Alicja Świokło: Czy w czasie pani pracy biblioteka była remontowana?

Bożena Winnicka: Tak, była remontowana wiele razy, ale były to głównie remonty bieżące.

Największy remont był wtedy, kiedy robiono centralne ogrzewanie gazowe. Trwało to dosyć długo i był straszny bałagan.

Poza tym malowanie, to, co było potrzebne. Wymieniono okna.

Stare okna były drewniane. Później stolarz zrobił nowe, również drewniane, bardzo solidne. Można było już otwierać ich górne części.

Wcześniej na dużej sali okna w ogóle się nie otwierały, co też było problemem. Kiedy można już było otwierać górę, było znacznie lepiej.

Alicja Świokło: Ile osób pracowało w bibliotece, kiedy zaczynała pani pracę, wraz z kim pani pracowała?

Bożena Winnicka: Jak zaczynałam, pracowałam sama.

Później, wraz z rozwojem filii i biblioteki, dochodzili pracownicy.

Były cztery pełne etaty merytoryczne bibliotekarzy – ja i trzech pracowników. Była sprzątaczka na część etatu i palacz.

Łącznie było nas sześć osób.

Alicja Świokło: Jak wyglądał typowy dzień pracy bibliotekarza?

Bożena Winnicka: Biblioteka zazwyczaj była czynna od godziny 10.00 do 18.00. Były też takie lata, kiedy pracowała do godziny 20.00.

Kiedy dyrektorem ośrodka kultury został pan Andrzej Pacholak, powstała kawiarenka internetowa.

Zastanawialiśmy się z dyrektorem, gdzie ją zrobić – w Domu Kultury czy w bibliotece. Dyrektor stwierdził, że lepiej będzie w bibliotece.

Musiałyśmy oddać jedno pomieszczenie z oddziału dla dzieci – to ostatnie. Trzeba było je całkowicie opróżnić.

Część księgozbioru popularnonaukowego przeniosłyśmy na dużą salę dziecięcą, część w inne miejsce. Zrobiło się wtedy bardzo ciasno.

Jedno pomieszczenie zostało przeznaczone wyłącznie na kawiarenkę internetową.

Trzeba było je wyposażyć. Było sześć stanowisk – sześć krzeseł, sześć stolików i sześć komputerów. Komputery były z odzysku, chyba z urzędu czy starostwa. Były sprawne.

Dla dzieci było to jednak ogromne wydarzenie. Miałyśmy prawdziwe oblężenie.

Początkowo korzystanie z komputerów było niepłatne. Później wspólnie z dyrektorem zdecydowaliśmy, że trzeba pobierać niewielką opłatę, bo wszystko kosztowało.

Nie pamiętam, jakie to były pieniądze. Niewielkie.

Ale trzeba było wypisywać pokwitowania, dzieci ciągle były w bibliotece. Dochodziła godzina dwudziesta, a one nadal nie chciały wychodzić.

Wiecznie był z tymi dziećmi problem. Biblioteka czynna do dwudziestej to było już bardzo długo, było gorąco, dzieci siedziały jedno nad drugim, bo każdy chciał skorzystać.

Taka była wtedy moda. Nie wszyscy mieli komputery w domu, telefonów też nie było jeszcze tak dużo.

Kawiarenka miała więc straszne wzięcie.

Alicja Świokło: Co należało do obowiązków bibliotekarza poza wypożyczaniem książek?

Bożena Winnicka: Reklama biblioteki, wystawy nowości, różne gazetki, dekorowanie okien.

Miałyśmy cztery bardzo duże okna i ciągle starałyśmy się, żeby przynajmniej dwa z nich jakoś wyglądały.

W okresach świątecznych starałyśmy się, żeby było ładnie na Boże Narodzenie czy Wielkanoc.

Kupowało się różne ozdoby, oświetlenie okien. Wystawiało się książki typowo świąteczne, bajki dla dzieci.

To zachęcało ludzi. Przychodzili po nowości.

Zawsze starałam się kupić dużo nowych książek świątecznych, żeby było co wystawić.

Były też różne gazetki, wystawy, lekcje biblioteczne, spotkania ze szkołą i przedszkolem.

Przedszkole bardzo często przychodziło na lekcje, szkoły również. Były takie pierwsze, wprowadzające lekcje biblioteczne.

Później przy okazji dzieci zapisywały się do biblioteki. Dostawały zobowiązania, a jeśli rodzic zdecydował, przychodził później razem z dzieckiem i zapisywał je do biblioteki.

Bardzo dobrze współpracowałyśmy ze szkołami, ze szkołą w Dłużynie, ponieważ tam mieliśmy bibliotekę w szkole, ze szkołami w Pieńsku oraz z przedszkolem. Wtedy było tylko jedno przedszkole – na Górce.

Z tym przedszkolem bardzo dobrze współpracowałyśmy. Panie bardzo chętnie przychodziły z maluchami na różne lekcje biblioteczne.

Alicja Świokło: Czy bibliotekarze mieli swoje specjalizacje?

Bożena Winnicka: Jak dziewczyny przychodziły do pracy, miały tylko średnie wykształcenie. W trakcie pracy uzupełniały kwalifikacje.

Ja również, kiedy już zaczęłam pracować, w 1975 albo 1976 roku poszłam na studium bibliotekarskie w Legnicy. Trwało dwa i pół roku i było typowo bibliotekarskie.

Później zrobiłam też kurs w Jarocinie, dwutygodniowy, tylko dla kierowników bibliotek, zakończony zaświadczeniem.

Pani Krysia Brodziak pracowała w oddziale dla dzieci.

Pani Zosia Fink pracowała w oddziale dla dorosłych, w wypożyczalni.

Pani Ula Korzyńska pracowała w dziale gromadzenia i opracowania prowadziła filię w Dłużynie.

Pani Zosia Fink prowadziła filię w Stojanowie – jeździła tam raz w tygodniu. Pani Ula Korzyńska prowadziła Dłużynę, a Krysia Brodziak w Żarkach Średnich.

Wcześniej pracowała z nami jeszcze pani Regina Burdejska. Później od nas odeszła do szkoły.

Pracowała w naszej bibliotece i w Żarkach Średnich, ale kiedy trafiła się praca w szkole, zdecydowała się odejść.

U nas pracowało się popołudniami, a jak ktoś miał małe dzieci, to wiadomo – każdy wolał iść rano do pracy i po południu być w domu.

Alicja Świokło: Kiedy pojawiła się czytelnia i jakie pełniła funkcje?

Bożena Winnicka: Czytelnia powstała od razu, kiedy otwierałyśmy bibliotekę.

Tu przy oknach było bardzo dużo miejsca. Ustawiłyśmy tam stoły i krzesła i od początku funkcjonowała czytelnia.

Alicja Świokło: Czy ludzie przychodzili do czytelni regularnie? Mieli swoje ulubione miejsca?

Bożena Winnicka: Tak. Byli ludzie, którzy przychodzili nawet codziennie.

Albo pożyczali gazety do domu, albo siedzieli i czytali na miejscu.

Gazety miałyśmy zazwyczaj po jednym egzemplarzu. Jeżeli ktoś bardzo chciał pożyczyć gazetę do domu, mógł przyjść wieczorem, przed godziną osiemnastą.

Brał gazetę do domu, ale rano, przed dziesiątą, musiał ją oddać.

Było kilka takich małżeństw, z którymi miałam codzienny kontakt.

Dziewczyny przychodziły do pracy na dziesiątą, ja byłam od ósmej. Ci ludzie musieli przed dziesiątą przynieść gazety z powrotem, więc spotykałam się z nimi codziennie.

Alicja Świokło: Po jakie gazety i czasopisma przychodzili mieszkańcy?

Bożena Winnicka: Różnie, w zależności od zainteresowań.

Jedni lubili bieżące gazety, jedni chcieli „Trybunę Ludu”, inni jej nie uznawali. Konflikty zawsze jakieś były – jeden uważał, że coś jest zbyt polityczne, drugi że trzeba kupić coś innego.

Ale ludzie czytali zarówno bieżącą prasę, jak i tygodniki czy kolorowe czasopisma.

Alicja Świokło: Czy w czytelni można było tylko czytać prasę, czy odbywały się tam również spotkania mieszkańców?

Bożena Winnicka: Odbywały się spotkania mieszkańców i spotkania autorskie.

To było dobre miejsce, bo było gdzie to wszystko zorganizować.

Ludzie przychodzili i się spotykali. To było po prostu miejsce spotkań.

Kiedyś kursowało znacznie więcej autobusów i busów. Wielu ludzi ze wsi przyjeżdżało do Pieńska.

Znałam bardzo dużo osób. Ludzie przychodzili czasem po prostu usiąść i odpocząć.

„Pani Bożeno, mam chwilę do autobusu, mogę posiedzieć?” – „Niech pani siada.”

I tak ludzie przychodzili odpocząć, posiedzieć.

Przy okazji przeglądali czasopisma. Jak miałam czas, rozmawiałam z nimi. Jak nie, to mówiłam: „Proszę sobie wziąć czasopisma, posiedzieć, pooglądać, poczytać i spokojnie zaczekać na autobus”.

Bardzo dobrze wspominam ten okres, bo człowiek po prostu integrował się z ludźmi. Zawsze z kimś się porozmawiało, zawsze ktoś przyszedł i coś opowiedział.

Przychodziło też dużo osób z urzędu, radnych, nauczycieli. Pytali o dzieci, o to, co wypożyczają, czym się interesują, jakie mają potrzeby.

W oddziale dla dzieci przez wiele lat, kiedy pracowała pani Krysia Brodziak, była grupa dzieci z rodzin, które miały trudniejszą sytuację.

Tam była czytelnia. Dzieci przychodziły i spędzały wiele godzin, bo było ciepło.

Pani Krysia odrabiała z nimi lekcje. One ciągle tam siedziały. Było wiecznie pełno.

Kiedy tam weszłam, zawsze było pełno, a pani Krysia z tymi dziećmi, czerwona, z wypiekami, bo gorąco, odrabiała lekcje.

Alicja Świokło: Czy organizowano spotkania autorskie, wystawy, konkursy albo inne wydarzenia?

Bożena Winnicka: Tak.

Wystawy były organizowane na bieżąco. W oknach robiłyśmy wystawy nowości. Oprócz tego miałyśmy jeden wydzielony regał przeznaczony na nowości.

Konkursy dziewczyny również przygotowywały różne.

Spotkania autorskie odbywały się może dwa razy w roku, czasem trzy. Wszystko zależało od funduszy, bo trzeba było za nie zapłacić.

Alicja Świokło: Jak wyglądała czytelnia w pierwszych latach, a jak pod koniec pani pracy?

Bożena Winnicka: Pod koniec mojej pracy trochę przeorganizowałyśmy bibliotekę.

Najpierw stoły stały pod oknami, a księgozbiór był rozłożony dookoła.

Ciągle chodziło mi jednak po głowie, żeby wydzielić prawdziwą czytelnię, oddzielić ją regałami.

Długo się za to zabierałyśmy, bo to był ogrom pracy. Księgozbioru było już wtedy bardzo dużo.

W końcu powiedziałyśmy sobie: jak nie zrobimy tego teraz, to już nigdy.

Trwało to chyba z pół roku. Przestawiłyśmy całą bibliotekę, przeniosłyśmy cały księgozbiór i podzieliłyśmy bibliotekę na dwie części.

W jednej części była wypożyczalnia z księgozbiorem takim do wypożyczania czytelnikom.

W drugiej części, oddzielonej regałami i tam stały stoły był, księgozbiór popularnonaukowy i podręczny. Tam zrobiłyśmy taką prawdziwą czytelnię.

Było spotkanie burmistrzów z terenu miasta i gminy. Zadzwonił burmistrz i mówi: „Wiesz co, trzeba tych burmistrzów tutaj ugościć”.

Ja mówię: „Gdzie? W bibliotece?”

„No tak, w bibliotece, bo tam teraz jest ładnie”.

Trzeba było przygotować coś do jedzenia. Przywieźli zastawę, a my robiłyśmy kanapki.

Nie wiem, ile tych kanapek zrobiłyśmy, ale nie były takie zwyczajne. Szukałyśmy w książkach różnych inspiracji, żeby przygotować coś innego, coś nadzwyczajnego.

Bardzo dużo czasu nam to zajęło.

Ja ugotowałam w domu gar bigosu, przywiozłam. Było coś na gorąco.

A burmistrzowie sobie tam obradowali. Biblioteka w tym czasie była nieczynna dla czytelników.

Alicja Świokło: Czy pod koniec pani pracy biblioteka wyglądała zupełnie inaczej niż w 1979 roku?

Bożena Winnicka: Całkiem inaczej wyglądała.

Było już bardzo dużo księgozbioru. Biblioteka była bardzo zapełniona.

Jak otwierałyśmy bibliotekę w 1979 roku, książek było niewiele. Regałów było zrobionych na zapas, a książek po kilka na półce.

Później księgozbiór był bardzo dobry.

Ludzie, którzy studiowali, przychodzili i pożyczali książki. Był taki okres, że bardzo dużo osób studiowało marketing, zarządzanie, ekonomię.

Wszystko, czego potrzebowali, to wszystko mieliśmy.

Pamiętam, jak przyszedł jeden z burmistrzów, który wtedy studiował, po książki. Był w ciężkim szoku, bo wcześniej z biblioteki nie korzystał.

Przyszedł, czegoś potrzebował, i był zaskoczony, że czego nie zapyta, wszystko mamy.

Powiedziałam: „No widzi pan, wszystko mamy. Nie trzeba nigdzie jeździć”.

Biblioteka była naprawdę bardzo dobrze zaopatrzona.

Kupowałyśmy dużo nowości. Kiedy pojawiły się środki ministerialne, a jednocześnie nie zmniejszono nam budżetu, można było kupić naprawdę dużo książek.

Kupowało się dobre książki, w solidnych oprawach, nowe lektury.

Stare, zniszczone lektury można było wycofać i uzupełnić księgozbiór nowymi.

Alicja Świokło: Które miejsce w bibliotece było najbardziej popularne wśród czytelników?

Bożena Winnicka: Myślę, że oddział dla dorosłych – oczywiście wśród dorosłych.

Ale dzieci również bardzo chętnie przychodziły do swojego oddziału.

Siadały nawet na podłodze przy regałach i czytały.

Później kupiłyśmy małe pufy.

Oddział dziecięcy był różnie dekorowany. Były lalki, szmacianki, typowo dziecięce dekoracje.

Jak rodzice przychodzili z dziećmi, to dzieci często chciały zabrać taką lalkę do domu. Płacz: „Daj mi to do domu, bo ja chcę!”

A tłumaczyło się: „Nie można, lalka jest dekoracją biblioteki”.

Był też malutki stoliczek, przy którym mama mogła usiąść razem z dzieckiem i przejrzeć bajeczkę, sprawdzić, czy dziecku się podoba, czy chce ją wypożyczyć.

Bo dzieci też mają swoje gusta.

Alicja Świokło: Jak wyglądał księgozbiór w 1979 roku?

Bożena Winnicka: Nie pamiętam dokładnie, ile książek miałyśmy na początku, bo księgozbiór gromadziłyśmy wcześniej.

To nie było tak, że otworzyłyśmy bibliotekę i dopiero zaczęłyśmy zbierać książki.

W oddziale dla dzieci nie miałyśmy już właściwie gdzie się ruszyć. Dostawione były regały wyłącznie na księgozbiór, który gromadziłyśmy. Zrobiło się strasznie ciasno.

Może były dwa, trzy tysiące książek. Dokładnie trzeba byłoby zajrzeć do inwentarza.

Później przyjęłyśmy jeszcze księgozbiór z biblioteki zakładowej.

Cała hałda książek została przyniesiona do działu gromadzenia. Pani Zosia Fink się tym zajmowała. I onawszystko od nowa wpisywała.

Tych książek było również około trzech tysięcy.

Bardzo długo trwało, zanim wszystko zostało zrobione. Trzy tysiące książek trzeba było od nowa wpisać, opracować i skatalogować.

Pani Zosia była taką pszczółką do tych prac. Siedziała i skrupulatnie wszystko robiła.

Alicja Świokło: Jak wyglądało planowanie zakupów książek?

Bożena Winnicka: To zależało od okresu.

Przez wiele lat książki kupowałyśmy w Zgorzelcu. To był tak zwany centralny zakup.

Jeden dzień w tygodniu były biblioteki kiedyś nieczynne. To był dzień wewnętrzny – środa albo czwartek. Najpierw był czwartek, później zmieniono go na środę.

Raz w miesiącu w tym dniu jechałyśmy na zakup do Zgorzelca.

Była tam duża księgarnia. Odkładano dla nas wszystkie nowości.

Przyjeżdżali kierownicy bibliotek z Bogatyni, Zgorzelca, Węglińca, gminy Zgorzelec i innych miejsc.

Każdy wybierał książki dla swojej biblioteki.

Księgarnia je później spisywała, przychodziła faktura, książki były pakowane.

Kiedy poczta dobrze funkcjonowała, paczki przychodziły na pocztę. Był jednak okres, kiedy trzeba było samemu je odbierać.

Człowiek różnie kombinował, żeby te paczki przywieźć.

Bo były to książki zarówno dla nas, jak i dla filii.

Tak przez wiele lat wyglądał zakup książek.

Dopiero później pojawiły się zakupy internetowe i hurtownicy, którzy przyjeżdżali do bibliotek.

Jeśli czegoś bardzo potrzebowałyśmy, kupowało się też w antykwariacie.

Alicja Świokło: Czy były książki, których zdobycie okazywało się bardzo trudne?

Bożena Winnicka: Tak, były.

Jeżeli ktoś czegoś potrzebował, dzwoniło się na przykład do Bogatyni, bo tamtejsza biblioteka była bardzo dobrze wyposażona.

Kierowniczka biblioteki w Bogatyni była moją serdeczną koleżanką, więc jeśli mieli potrzebną książkę, przysyłali nam ją.

Jeśli ktoś potrzebował bestsellera albo książki popularnonaukowej, często pożyczałyśmy od nich.

Jeśli oni nie mieli, dzwoniło się do biblioteki wojewódzkiej, do Jeleniej Góry czy do Wrocławia.

Składało się zapotrzebowanie i książka była przysyłana.

Szczególnie jeśli ktoś studiował i pilnie czegoś potrzebował.

Alicja Świokło: Kiedy w bibliotece pojawiły się komputery i jak zmieniła się praca bibliotekarzy po ich wprowadzeniu?

Bożena Winnicka: Komputery i drukarki biblioteki dostały jako wyposażenie z jakiegoś programu.

Nie pamiętam dokładnie, który to był rok.

W 2012 roku odeszłam na emeryturę. Myślę, że komputery pojawiły się może około dziesięć lat wcześniej. Może w 2002 roku, może wcześniej.

Alicja Świokło: Kim byli czytelnicy biblioteki w latach siedemdziesiątych? Czy pamięta pani pierwszych czytelników?

Bożena Winnicka: W latach siedemdziesiątych to przede wszystkim miałam do czynienia z dziećmi, bo funkcjonował tylko oddział dla dzieci.

Dopiero kiedy otworzyliśmy tutaj oddział dla dorosłych, to dopiero zaczęli przychodzić dorośli czytelnicy.

Byli tacy, którzy przychodzili od początku aż do czasu, gdy odchodziłam na emeryturę. Ale byli też czytelnicy sezonowi. Przychodzili, zapisywali się, później wyjeżdżali, dorośleli albo przestawali korzystać.

Różnie to wyglądało.

Alicja Świokło: Czy pamięta pani jakieś szczególne wydarzenie związane z życiem biblioteki?

Bożena Winnicka: Otwarcie biblioteki było dla mnie bardzo dużym wydarzeniem.

To była bardzo dobra perspektywa i ogromne osiągnięcie dla Pieńska.

A później, kiedy władze podjęły decyzję, że bibliotekę przeniosą, walczyłam. Tłumaczyłam, mówiłam.

Po prostu do nikogo to nie docierało.

Miało być tak, że biblioteka zostanie przeniesiona. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Do dziś się z tym nie pogodziłam.

Uważam, że został zmarnowany lokal i perspektywa rozwoju biblioteki na wiele, wiele lat, z różnymi możliwościami działalności.

Bo dzisiaj pracuje się w bibliotekach inaczej. Są inne możliwości, składa się projekty.

Ludzie są bardziej wykształceni, komputery robią swoje, można pozyskać wiele środków.

Takie pomieszczenie było po prostu marzeniem.

Trzeba było je tylko odpowiednio dostosować i zmienić.

Alicja Świokło: Jak wyglądała współpraca biblioteki ze szkołami?

Bożena Winnicka: Bardzo dobrze.

Dobrze współpracowało nam się z jedną i drugą szkołą w Pieńsku oraz ze szkołą w Dłużynie.

Dzieci bardzo chętnie przyjeżdżały na lekcje biblioteczne. Nawet z Dłużyny przyjeżdżały grupy.

Z przedszkolem również współpraca była bardzo dobra.

My chodziłyśmy do szkół, jeśli trzeba było w czymś pomóc. Dyrektorzy czy szkolne bibliotekarki nas zapraszali.

Jeśli my potrzebowałyśmy pomocy przy czymś większym, jakiejś wystawie czy wydarzeniu, również mogłyśmy na nich liczyć.

Naprawdę bardzo dobrze nam się współpracowało.

Alicja Świokło: Czy dzieci miały swoje ulubione książki? Potrafi pani wymienić tytuły albo autorów?

Bożena Winnicka: To wszystko zmieniało się na przestrzeni lat.

Bardzo lubiły komiksy. Te komiksy były czasem poszarpane, posklejane po tysiąc razy, tak były czytane.

Później Nienacki, Szklarski.

Z czasem dochodzili inni pisarze, zmieniały się zainteresowania dzieci. Musierowicz też była bardzo chętnie czytana.

Alicja Świokło: Jak wyglądała biblioteka w ostatnich latach przed przeprowadzką? Czy już wtedy było wiadomo, że biblioteka wróci do Domu Kultury?

Bożena Winnicka: Tak. W 2012, 2011 albo może już w 2010 roku wiedziałam, że biblioteka zostanie przeniesiona.

Byłam wtedy zastępcą i uczestniczyłyśmy we wszystkich pracach związanych z przygotowaniem pomieszczeń.

Kiedy tutaj trwał remont, biblioteka nadal działała w starym miejscu, a administracja znajdowała się w szkole.

Wiedziałyśmy już, jakie będą pomieszczenia, jakie regały. Uczestniczyłam w tym wszystkim.

Pani Sokołowska ona to nadzorowała.

Ale mojego zdania to nie zmieniło.

Rozstałam się z tym miejscem nie w najlepszych emocjach, bo bardzo to przeżyłam.

Płakałam, rozpaczałam.

Lokal po bibliotece długo był pusty. Później otworzyła się tam kwiaciarnia.

Kiedyś musiałam pójść tam po kwiaty. Weszłam do środka i po prostu się rozpłakałam.

Naprawdę były tam bardzo dobre warunki.

Alicja Świokło: Co było powodem przeniesienia biblioteki do Domu Kultury w 2012 roku?

Bożena Winnicka: Myślę, że przede wszystkim władze szukały oszczędności.

Mówiono, że lokal będzie sprzedany.

Alicja Świokło: Co wtedy czuli pracownicy i czytelnicy?

Bożena Winnicka: Pracownicy byli bardzo zawiedzeni. Czytelnicy również.

Tam była wygoda. Ludzie przychodzili, siedzieli, mieli gdzie usiąść, mieli gdzie rozłożyć książki.

Tutaj było ciasno, regały były bardzo wysokie.

W starej bibliotece ktoś mógł usiąść przy stole, wziąć stos książek i spokojnie je przeglądać. Były też osoby, które wyjeżdżały do pracy do Niemiec na miesiąc. Przychodziły do biblioteki i brały nawet po dwadzieścia książek.

Jedna pani jechała na miesiąc, zabierała książki, później wymieniała się nimi z koleżankami, które również tam pracowały.

Siedziała przy stole, przeglądała, wybierała i pakowała książki.

Takich czytelników było bardzo dużo.

Alicja Świokło: Czy pamięta pani ostatni dzień działalności biblioteki przy Hutniczej 24?

Bożena Winnicka: Przygotowania do przeprowadzki trwały już wcześniej.

Tutaj jeszcze nic nie było. Administracja nadal pracowała w szkole. Dziewczyny miały tylko klucze do nowych pomieszczeń i sukcesywnie przenosiły bibliotekę.

To była straszna mordęga, bo nikt im właściwie nie pomógł.

One same przewoziły książki.

Pożyczyły nawet wózki sklepowe ze Spara, takie na zakupy.

Droga była wtedy w remoncie, rozkopana.

A one musiały przenieść tony księgozbioru.

To był po prostu dramat.

Ale chciały pracować, nic nie mówiły i robiły.

To było po prostu straszne.

Alicja Świokło: Gdyby mogła pani jeszcze raz wejść do starej biblioteki takiej, jaka była kiedyś, co chciałaby pani zobaczyć jako pierwsze?

Bożena Winnicka: Chciałabym zobaczyć taką odmienioną bibliotekę.

Wyremontowaną, nowoczesną, z pięknym oddziałem dla dzieci. Dobrze doposażonym, żeby dzieci miały tam takie swoje miejsce na ziemi.

Bo dzieci to nasza przyszłość i jak je wychowamy, tak później będzie to wszystko procentowało.

Oddziały dla dzieci zawsze bardzo preferowałam i bardzo się nimi interesowałam.

Kiedy jeździłam na konferencje, zawsze zwracałam uwagę na to, jak wyglądają oddziały dziecięce w innych bibliotekach.

Chciałabym odpowiednie wyposażenie, nowoczesne urządzenie przestrzeni.

Oddziały dla dorosłych też się zmieniają, wszystko teraz działa inaczej.

Chciałabym po prostu zobaczyć w Pieńsku nowoczesną bibliotekę.

Alicja Świokło: Dziękujemy za wywiad.

Bożena Winnicka: Ja też bardzo dziękuję.