Pieńsk od-kodowany

Transkrypcja podcastu „Pieńsk Odkodowany” – odcinek 9: Park Miejski

Wróć do nagrania audio

Prowadzi: Bartosz Filip · Gość: Melania Męcikiewicz, jedna z pierwszych mieszkanek powojennego Pieńska

Bartosz Filip: Park miejski przy ulicy Bolesławieckiej w Pieńsku jest jednym z najstarszych terenów zielonych w mieście. Powstał w latach 70. XIX wieku na terenie, który wcześniej zajmowała cegielnia oraz związane z jej działalnością wyrobiska gliny i ałunu.

Z czasem miejsce to zaczęło przekształcać się w teren zielony, obsadzany różnymi gatunkami drzew. W 1895 roku odnotowano utworzenie parku przy ówczesnej Langenstriegauer Straße, czyli dzisiejszej ulicy Bolesławieckiej.

W 1911 roku teren ten został objęty ochroną jako obszar zadrzewiony. Zachował się jego historyczny układ alejek. Dziś park pełni przede wszystkim funkcję relaksacyjną, wypoczynkową i społeczną. Jest miejscem spacerów, odpoczynku oraz lokalnych wydarzeń. Po rewitalizacji stał się bardziej dostępną przestrzenią dla mieszkańców.

Nazywam się Bartosz Filip i zapraszam do wysłuchania rozmowy z jedną z pierwszych mieszkanek powojennego Pieńska, panią Melanią Męcikiewicz.

Kiedy dokładnie przyjechała Pani do Pieńska i ile pani miała wtedy lat?

Melania Męcikiewicz: Do Pieńska przyjechałam… muszę sobie chwilę… szóstego, szóstego czerwca w ’46 roku. Tak, miałam ósmy rok życia, jak tu przyjechałam. Przyjechałam z Małoszyny. Jest to powiat Turek, województwo poznańskie.

Przyjechaliśmy tu jako emigranci. Ja przyjechałam z rodzicami. Jechaliśmy tutaj do Pieńska podobnie tak, jak z tego filmu „Sami swoi”. Też w wagonie takim towarowym. Krówkę, świniaczka żeśmy mieli na połowie wagonu, na połowie było siano, jedzenie dla nas.

Żeśmy jechali więcej jak cztery tygodnie, bo to pociągi stawały, zjeżdżały na bocznice. Parowozy jeszcze były, wodę trzeba było, węgla, wszystko.

Wtedy przychodził ten, co prowadził pociąg, żeby panu Mikołajczykowi – mój tato tak się nazywał – „Tu i tu będziemy tyle godzin stać, proszę sobie wyjść, kupić chleb, z tego”. Mleczko mieliśmy swoje, bo krówkę wieźliśmy w wagonie.

I w tym wagonie połowa była dla trzody, połowa dla nas. Na sianie żeśmy spali, a pośrodku stała taka koza-piec, że było można sobie ugotować i… no bo żeśmy prawie cztery tygodnie stamtąd. Dopiero żeśmy szóstego czerwca przyjechali, a żeśmy wyjechali po Wielkanocy w kwietniu. Tyle czasu żeśmy jechali.

Jak chodzi o park, to mieszkałam na Bolesławieckiej pod numerem 51. To było z okna wszystko: park, od torów na górce – tam żeśmy mieszkali. No i ten park, jak my żeśmy przyjechali w ’46 roku jako dzieci, to żeśmy w chowanego się bawili. Wszystkie gry to były w tym parku robione, tak.

I najwięcej co mi utkwiło w pamięci to stawek i łabędzie. Tak, była para łabędzi, ale po paru latach te łabędzie zniknęły, a ten stawek zarósł z tego. Teraz ja już 10 lat jak nie wychodzę, jestem cały czas w domu, no to nie wiem nawet jak teraz ten park wygląda.

Tylko tyle słyszę z opowiadań, że tam się imprezy odbywają. I za młodych moich lat było też tak: najczęstsze imprezy się odbywały na majówkę, na pierwsze po pierwszym maju. Była defilada na Placu Wolności, a po defiladzie później rodzice zabierali dzieci i tak… koniec od Batorego ulicy, jak się kończy park, tam jeszcze wszystkie domy były zgruzowane, no te łąki co były, to tam każdy sobie rozścielał kocyk i tam taki piknik.

To tak za moich młodych lat się to tam odbywało. Nie było tam takich imprez ani nic. Teraz mają dzieci tam jakieś imprezy, prawda?

Codziennie tylko wyszłam, jak już szkołę skończyłam, bo skończyłam szkołę tutaj w Pieńsku podstawową. Bo jak tu przyjechałam w ’46 roku, to były trzy klasy połączone. Ci, co szli do pierwszej klasy, ci, co już powinni być w drugiej, to też żeśmy szli i ci, co do trzeciej też razem jeden rok, trzy roczniki żeśmy mieli, bo to przed wojną było opóźnione.

Bo tam się zapoznałam z moim mężem, chodziłam na randki (śmiech) do parku. Pracowałam w Pieńskich Hutach Szkła. Skończyłam szkołę podstawową, miałam 16 lat, a u nas w domu nas było siedmioro dzieci, była bieda, no to jak już mogłam do pracy iść jako małoletnia, poszłam do pracy i pracowałam aż do emerytury. Tyle lat. Tutaj męża zapoznałam, tutaj porodziłam dzieci, tak (śmiech). I tu zrobiłam szkołę zawodową – kontrola techniczna, także z początku pracowałam na wannie, na piecach, odnosząc formaczki, a później już do kontroli poszłam na ostatni punkt, gdzie szło szło już na do 15 krajach było wysyłane nasze szkło. Tak. To miałam zrobione ze szklarskiego i z gospodarczego, bo Łużyce, Znicz A, Znicz B, Polam, to wszystko. Teraz nie ma tych zakładów. Teraz tylko Łużyce.

Za Niemca nazywali Pieńsk „Mały Paryż”. Byli tacy bogaci, bo przemysł, przemysł to jest wszystko. Miasto się bogaci, jak duży przemysł.

Bartosz Filip: A co zadecydowało o tym, że Pani właśnie do Pieńska tutaj trafiła?

Melania Męcikiewicz: Ja nie mogłam decydować nic, bo ja byłam dzieckiem, tylko rodzice decydowali. Rodzice, tak. Sama to nie wiem, bo jak 8 lat miałam, no to nie nie mogłam nic, gdzie rodzice jechali, tam i dzieci, nie? Tak. A rodzice moi jak tu przyjechali, to miało być tylko pół roku, bo składali papiery i mieliśmy wyjeżdżać do Stanów Zjednoczonych. I było tyle pięknych mieszkań, to nigdzie sobie nie zajęli, bo to miało być tymczasowo, mieszkamy i przyjdą papiery, wyjeżdżamy do Ameryki. Tak. I jeszcze mojej mojej mamy jedna siostra i druga siostra z mężami i my, to ten blok na Bolesławieckiej to cztery, na dole dwa i u góry dwa, to była cała rodzina. Tylko oni przyjechali, my przyjechaliśmy w ’46 roku, a oni przyjechali w ’47, pod koniec. No ale wszyscy żeśmy byli w jednym bloku, bo jeszcze było bardzo bardzo dużo Niemców i było bardzo dużo Partyzantów.

Bartosz Filip: Ile miała Pani lat jak pierwszy raz pani przyszła do parku przy ulicy Bolesławieckiej?

Melania Męcikiewicz: 8 lat, tak. Mówię, graliśmy tam w chowanego, się bawiliśmy, jak przyjechałam, nie? No to całe cały czas tam dzieci z ulicy, co przyjeżdżali z tego, to ciągle żeśmy tam urzędowali w tym lesie (śmiech). Tak.

Bartosz Filip: A z kimś konkretnie Pani przychodziła, czy to tak się zdarzało, że kto był, z tym się bawiliście?

Melania Męcikiewicz: Moi kuzyni tak byli albo ze dwa lata starsi, albo młodsi i i tego, tak.

Bartosz Filip: A czy słyszała Pani o tym, co wcześniej było przed tym parkiem? Czy mówiło się o tych o tej dawnej cegielni, o tych o tej gliniankach, wyrobiskach?

Melania Męcikiewicz: Tak, bo te rodziny, co zostały, to opowiadały, bo tak to skąd ja bym wiedziała, nie? Ci, co tu mieszkali i przez całą wojnę i wszystko, to wiedzieli. No to opowiadali, że tu jak wybrali tą glinę, ten ałun, co tam oni wydostawali, to już wszystko było zrobione, to przenieśli tą cegielnię na Bolesławiecką tam wysoko, jak wieża ciśnień co jest po prawej, to po lewej stronie. Tam też te stawy zostały i nie wiem czy zasypali już je, czy nie. Bo tam normalnie było, zatopiony cały zakład tu i na Partyzantów ten staw, co jest na Partyzantów. To też jest ogromny zakład, tam nawet kilku ludzi, co się utopiło z tego, jak nurkowie wydobywali, to mówię ci, cały zakład zatopiony i nawet kominów, nawet kominy są, tak jest. Bo dwóch osób to w ogóle nie znaleźli, bo gdzieś tam wpadli na Partyzantów, na ten duży staw. A tutaj na Bolesławieckiej tam już do góry, naprzeciwko wieży ciśnień, tam była też cegielnia, to ta cegielnia to nawet była jeszcze już po wojnie, jak my żeśmy byli. To robili cegłę z tego, a teraz to już tam nie ma nic, bo wszystko rozburzone, nawet śladu nie ma, że tam cokolwiek było.

Bartosz Filip: A jak Pani tak sobie myśli o tym parku, to czy jest taki jakiś jeden konkretny obraz, który pojawia się jako pierwszy w pamięci?

Melania Męcikiewicz: Jako pierwszy to ci mówię, te łabędzie jak z dzieciństwa, a później jak już byłam starsza, no to mi się ciągle kojarzy moja pierwsza miłość, mój mąż (śmiech). Tam żeśmy się umawiali (śmiech). I dlatego wspominam, tak. Gdyby mąż żył, to byśmy teraz w czerwcu, co minął, drugiego czerwca byśmy mieli 70-lecie pożycia małżeńskiego.

Bartosz Filip: Jak wyglądał ten park w tamtych czasach?

Melania Męcikiewicz: W tamtych czasach… no może teraz jest ciekawiej, bo teraz są porobione alejki, tak, i jest więcej uroczo, bo jak jest Dzień Dziecka, że też tam się odbywa. A za tych naszych czasów to nie było. Jak były święta państwowe, to była jakaś defilada, a najwięcej się odbywało w maju. No to były majówki tak zwane, rodziny brały dzieci, kocyk, to sobie jakiegoś grilla robili, czy przynosili sobie ciasto upieczone, to kocyk się rozpościerało. Mężczyźni przeważnie grali w karty, dzieci w piłkę grały, a kobiety tam sobie siedziały i „pierdószki” opowiadały (śmiech). I tak, tak i tak było fajnie. Prosto, ale przyjemnie było.

Bartosz Filip: A czy park wtedy miał jakąś, nie wiem, potoczną nazwę albo miejsce, które wszyscy po prostu znali, że jak się mówiło o parku, to że każdy myślał automatycznie o tym miejscu albo o tej nazwie?

Melania Męcikiewicz: Pierwsze wejście jak jest to na prawą stronę, ten pierwszy park, a potem jest ulica tam do Batorego. To tu przed tym, tam były zrobione piękne szachy z drzewa. Wszystkie te klocki te figury, figury były, w koło były ławki i przychodzili panowie i grali w szachy. Było to ze trzy czy cztery lata, wszystko poniszczyła młodzież i to znikło, teraz już tam nawet śladu nie ma, że tam kiedyś były te deski. I tam się spotykali, kto umiał grać w szachy, to się uczył. Piwko sobie przynosili, siadali sobie i kibicowali i grali w szachy, a tych szachów nie ma. Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta.

Bartosz Filip: A czy pamięta Pani jak, nie wiem, ułożenie alejek, drzew, jakieś charakterystyczne miejsca z tego parku?

Melania Męcikiewicz: Od domu jak żeśmy wyszli, to tam żeśmy se na ławeczce, bo tato mój tą ławeczkę zrobił, to sobie jedna dwie, to tam żeśmy sobie z mężem randkowali na tych ławeczkach (śmiech), tak. I ten park się przy naszym na tu się kończył, tu później był taki wielki wjazd, bramy, a my tu mieszkaliśmy i wprost w stronę Batorego, tam stał piękny dom, piękny dom. Ten ten dom rozgruzowali, tak jak mówiłam, wysadzali, żeby cegły do Warszawy. Rozebrali tutaj ten wjazd, wszyściuteńko zniknęło, tam już nic nie ma.

Bartosz Filip: Kto najczęściej przychodził do tego parku?

Melania Męcikiewicz: No przeważnie mamy z dziećmi. Mamy z dziećmi. Na spacerek, dzieci sobie na rowerkach, na tym, to mamy sobie spokojnie usiadły, dzieci sobie tam baraszkowały i były spokojne, bo im się nic nie stanie, nie? A na ulicy czy gdzie, czy w piłkę czy to, to sobie z tej najwięcej tak się po to przychodzili i tak.

Bartosz Filip: A czy można by było powiedzieć, że park był wtedy ważnym miejscem dla mieszkańców Pieńska?

Melania Męcikiewicz: Tak, no bo i jak się mówi na majówce się spotykało, były zrobione deski, że można było i potańczyć. W zakładzie mieliśmy męski straszy zespół był na na Hutniku, tak. To ci muzykanci też już wszystko poumierali, to tak się umawiali i robiliśmy sobie pikniki. Oni na akordeonie grali, można sobie było potańczyć, bo więcej się nigdzie nie szło. Taka była właśnie rozrywka. I w zakładzie jak coś się działo, to były mikrofony na całym zakładzie rozwieszone i w mikrofonach wszędzie mówili. Tak, jak zachorowałam. Ja pracowałam wtedy jeszcze byłam młoda, miałam troje malutkich dzieci i trzeba było mi trzy litry krwi oddać, to przez mikrofon ogłosili, że żona hutnika leży, potrzeba trzy litry krwi i będzie autokar podstawiony, autobus, zawiozą do Zgorzelca. To przyjechał cały autobus hutników oddać mi krew.

Bartosz Filip: A kiedy patrzy Pani dzisiaj na ten park, to co tak najbardziej go różni od tego, co pani pamięta z czasów swojej młodości?

Melania Męcikiewicz: To też tam nic wielkiego takiego się nie dzieje, Dzień Dziecka, to. A tak poza tym chyba też nic nie ma. Jak tam włożone jest i serce i pieniędze, burmistrz tam na pewno dba, żeby to zrobić, to zrobić, żeby było ładnie, i czy to szanują? Ponoć dzisiaj jest wszystko zdewastowane. No i widzisz.

Bartosz Filip: A jakby mogła Pani przywrócić taki jeden element tego, z czego pani pamięta z parku tutaj, to co by Pani przywróciła?

Melania Męcikiewicz: No to bym przywróciła, żeby były tam staw i łabędzie, bo to pięknie wyglądało, to raz, a drugie, żeby znowu z powrotem zrobili tak, jak były te szachy. Tam się tyle schodziło, że gdyby to jeszcze było tutaj, to zaraz od torów pierwsze i to… byłoby bardzo pięknie.

Bartosz Filip: A jak bardzo zmienił się sposób, w który mieszkańcy korzystali z tego parku?

Melania Męcikiewicz: Kiedyś się ludzie ze sobą spotykali, więcej było tego towarzystwa, a teraz wszyscy zamknięci w sobie i winę na to kładę pandemii. Że to przez tą pandemię się ludzie… nie było wolno wychodzić ani nic i tak ludzie w tym strachu żyli i tak w sobie już to mają.

Bartosz Filip: A jak teraz Pani patrzy na, nie wiem, jakieś tam zdjęcia, filmiki, to czego tak Pani najbardziej brakuje z tego, co było kiedyś, a teraz już tego nie ma?

Melania Męcikiewicz: Tej serdeczności, żeby jeden o drugim pomyślał, nie tylko o sobie, bo jak teraz jest: ja mam taką furę, ty masz taką furę, to… bo o niczym innym nie dyskutują, tylko kto ma więcej, a serca najmniej.

Bartosz Filip: Tak jak teraz rozmawiamy o tym, co było kiedyś lepsze, co dzisiaj gorsze, tak co według Pani jest dzisiaj lepsze, a wcześniej tego nie było albo było gorsze?

Melania Męcikiewicz: Lepsze to jest to, że nie muszą się rodzice martwić, co jak rodzice, którzy dbają, że nie musi jak wstanie martwić się, gdzie co kupi, co da dziecku jeść, w co ubierze. Teraz się tak cieszę, bo ja mam swoje dzieci i mam wnuki i już mam 9 prawnuków (śmiech), tak, to się cieszę, że tym dzieciom niczego nie brakuje. A ja jak chowałam swoje dzieci, to brakowało i na chleb, na ubranie, na to człowiek przerabiał fartuszki i szył, bo ja sama sobie – umiałam szydełkiem, robiłam kołnierzyki, żeby ładnie dziecko wyglądało, bo nie było tak. Mogłeś mieć pieniądze, ale nie było gdzie kupić.

Bartosz Filip: Jeszcze chciałem Pani zadać kilka pytań na temat dworca PKP.

Melania Męcikiewicz: Z Węglińca jak nas rozładowali już na tej tu żeśmy przyjechali, to pierwsze co, to pamiętam i do końca życia nie zapomnę, perony – jeden peron i drugi peron, filary, odaszone było wszystko, piękny zegar i ten zegar tam – o której godzinie stanął, bo już był uszkodzony, nie chodził. Wielki taki zegar. To pierwsze to, jak żeśmy wyszli z tego pociągu, to ten zegar widzę. I później już od razu to nie było, ale potem już w latach prawie pod 60. lata, tak, to w środku, kasa biletowa była całodobowa otwarta. Całodobowa była, przed każdym pociągiem – bilet wykupiłeś. Ludzie pracowali na zmiany, to jak z pracy wyszli, a mieli godzinę czy ile czekać do Węglińca, do Zgorzelca, bo w koło stąd pracowali ludzie i tak tyle było przemysłów, wszystkie zakłady pracowały. To zewsząd ludzie do pracy tu dojeżdżali. To przyszli, na dworcu było cieplutko, no i całodobowa była restauracja. Mogłeś sobie obiad zjeść, kawę wypić. A pamiętam tak dobrze, bo ja chodziłam z pierwszym dzieckiem w ciąży, a miałam zachcianki na śledziki, to mąż w nocy leciał na stację kupić mi śledziki (śmiech), bo mi się zachciało (śmiech). Tak było! A teraz wszystko zniszczone. Nie ma. Poczekalnia była czyściutka, cieplutka, były siedzenia, perony były dwa, było zadaszone. No całkiem. Po tamtej stronie, w stronę tam Batorego, to był taki podest, magazyny były, rozładowywali, bo kiedyś przychodziły towary wagonem. Tam rozładowywali i później samochodami rozwozili wszędzie, gdzie kto, co miał. Węgiel, nawet węgiel rozładowywali i dopiero. A teraz już jest to wszystko rozebrane.

Bartosz Filip: A co jeszcze Pani wiadomo o historii samego budynku?

Melania Męcikiewicz: To jest taka historia widzisz, że wszystko zostało zniszczone, nie wiem czemu. Tutaj, gdzie był ten bufet, to zrobili mieszkania i nie ma. Tu, z tamtej strony się wchodziło, nie? Z tamtej strony, a to z tamtej strony, co się wchodziło, to tam były kuchnia, wszystko. Tam pracowali ludzie, był bufet, bo ta sala była ogrzewana, były stoły, wszystko. O każdej porze dnia, bo całodobowe było. Można sobie było iść, zjeść, nawet piwko wypić, oranżadkę czy kawę, czy ciepłe coś zjeść.

Bartosz Filip: Jakie jest Pani takie pierwsze wspomnienie z tym dworcem? Może nawet jak Pani była dzieckiem?

Melania Męcikiewicz: No to pierwsze wspomnienie to jak moja noga stanęła – ten zegar. Tak, ten zegar mi najbardziej utkwił w pamięci. I te perony to wszystko. Bo ja przyjechałam z wioski, to człowiek pierwszy raz w życiu jechał pociągiem i pierwsze dopiero stanął na obczyźnie, a jeszcze człowiek ciągle myślał: a gdzieś Niemcy wyskoczą, bo było ich bardzo dużo, partyzantów takich, tak. To parę lat jeszcze ze trzy, cztery lata jeszcze tak było.

Bartosz Filip: Jak zmieniał się dworzec na przestrzeni lat?

Melania Męcikiewicz: No zmienił się z tym, że nie ma tych peronów, nie ma tego zapowiadania tak, no jak mówisz na tym, ale jak to pięknie było, jak z mikrofonu słuchasz, jak ci zapowiada. A najważniejsze tak, a najważniejsze, że nie ma kasy, nie ma poczekalni, nie mają ludzie gdzie odpocząć.

Bartosz Filip: Kiedy w ogóle, jakie to były czasy, że ten ruch widać było, że na stacji zaczął maleć? Kiedy to, jakie to były lata?

Melania Męcikiewicz: Lata to już teraz ci powiem… Teraz dwutysięczne… No, tak odliczmy do tyłu ze 40 lat. No, tak odliczmy.

Bartosz Filip: Wtedy te samochody się stały takie bardziej powszechne, tak?

Melania Męcikiewicz: Tak.

Bartosz Filip: To jest główna przyczyna, czemu kolej się zamknęła?

Melania Męcikiewicz: No czemu, no to właśnie. Tym, że z tego korzystają ze swoich środków pojazdu. Do pracy dojeżdżają swoimi samochodami i to są skutki. W ogóle, po wszystkie zakupy w sklepach, tego nie kupiłeś, co chciałeś, pojechałeś do Zgorzelca, do pralni się woziło do Zgorzelca, po wszystko.

Bartosz Filip: Jak wyglądały dawniej takie pociągi i te takie stare, jak często jeździły?

Melania Męcikiewicz: Osobowe wagony były proste, takie zaraz jak po wojnie. Tak, teraz już są te wagony i jedzie tak jak tramwaj po tych torach, takie wagoniki są. Normalny podjeżdżał na peron, po schodkach wchodziłeś i były takie zderzaki wagon jeden do drugiego, a nieraz jak było tak dużo ludzi, to mogłeś przechodzić z wagonu i platforma była przez te zderzaki i wszedłeś do następnego wagonu. To nieraz było tak, że jak nie było miejsca, to tam stałeś, gdzie te zderzaki są (śmiech). Tylko telepało tak (śmiech). Takie były jak były kiedyś, no. A teraz już jest fajnie, takie te wagoniki przelecą cichutko, ani nie słychać. Bo przedtem parowóz był, parowóz wodę musiał mieć, musiał być węgiel, palić w wagonie ładował tam, paliło się, podlewał wodę. Bo to od pary uruchamiał się ten pociąg. Tak.

Bartosz Filip: A gdyby mogła Pani takiemu młodemu pokoleniu, takim ludziom mniej więcej jak ja, przekazać takie jedno najlepsze wspomnienie z tego dworca PKP, to jakie by to było?

Melania Męcikiewicz: Może doczekasz, dziecko, tych czasów, że może oni to zrobią tak, jak planują – że tak, jak było. To wtedy sobie przypomnisz, że rozmawiałeś z panią Melą (śmiech) i ci mówiła, jak jest, a jak było, jak jest. No i ma nadzieję, że jeszcze kiedyś tak będzie. Tylko ja już tego nie spotkam i nie tego, ale możesz wspomnieć: o, była taka pani, co mi mówiła, że tak było i jednak tak jest. To tego bym bardzo pragnęła.

Bartosz Filip: Dziękuję Pani bardzo za wywiad, to była przyjemność.

Melania Męcikiewicz: Czysta przyjemność (śmiech). No, pamiętajcie o starszych ludziach (śmiech).

Bartosz Filip: Jasne.